http://kartofelek.ayz.pl/feed/rss/

Chorwacja 2016

Kategoria: Blog

Na Borze Ciało zrobiliśmy z kumplami szybki wypad na Chorwację. Typowa szybka męska wyprawa bez zbytniego balastu… ehm… Piękna pogoda, super miejscówka, a przede wszystkim super trafiłem z kumplami, bo ze świecą takich szukać. W każdym bądź razie musieliśmy taką wyprawę powtórzyć.

Na początku września udaliśmy się na Chorwację raz jeszcze – tym razem z pełnym załadunkiem w postaci całej drużyny eskimosów. Już wcześniej deklarowałem, że celuję, by był to wyjazd mojego dotychczasowego życia. Ba – z  takim nastawieniem można jechać – prawda?

Czytaj więcej

Pies popatrzył w lustro. Siwa bródka może nie świadczyła o młodości, ale nadała szlachetności i wskazywała na doświadczenie. Przynajmniej teraz złe charaktery będą czuły respekt do super bohatera.

 

– Co tam u Ciebie?

– Wszystko ok, a u Ciebie?

– Też ok.

– Aha no to fajnie.

– No to cześć.

– No to cześć.

Gdy po pięciu latach znajomy spyta cię co u ciebie, najczęściej usłyszy odpowiedź „po staremu”. Człowiek chciałby opisać wszystko co się wydarzyło przez ten czas, ale nie za bardzo się da. Może to i lepiej? Bo co obchodzą innych szczegóły naszego życia. Każdy ma swoje problemy, swoje sprawy na których musi się na co dzień skupiać.

Czytaj więcej

Przygoda z Tinder

Kategoria: Blog

Tak, nie, tak, nie, tak, nie, tak, nie, tak, nie, tak, nie. Cześć. Tak, nie, tak, nie. Cześć. Tak, nie, tak, nie, tak, nie, tak, nie, tak, nie, tak, nie. Cześć. Tak, nie, tak, nie. Cześć. Tak, nie, tak, nie, tak, nie, tak, nie, tak, nie, tak, nie. Cześć. Tak, nie, tak, nie. Cześć.

Za stary na to jestem. Uninstall.

Będzie

Kategoria: Blog

Będzie tak już z 13 lat kiedy przechodziłem przez tą swoją przygodę.

Dzisiaj oglądaliśmy program o anorektykach. Program po rosyjsku, więc totalnie nic nie rozumiałem. Marysia opowiedziała mi, że główna bohaterka warząca 21 kg stała się anorektyczką przez to, że zostawił ją jej chłopak. Pooglądałem minutę i stwierdziłem, że dziewczyna mija się z prawdą. To nie przez chłopaka jest anorektyczką. To otocznie jest winowajcą. Mało ciekawe, babcine mieszkanie. Płacząca matka, która wygląda na dobrą kobietę, ale nie raczej nie jest autorytetem do naśladowania. Brak perspektyw wydostania się z tej wioski na której mieszkają itp. Całe to otoczenie, nieodpowiedni do danej sytuacji ludzie tak wpływają na tą dziewczynę, że poddaje się autodestrukcji.

Przestałem oglądać i zająłem się swoimi rzeczami, to jest przeglądaniem starych zdjęć, pierdzeniem w łóżko i patrzeniem się w sufit. Jakiś czas później Marysia powiedziała mi, że miałem rację. Podczas programu dziewczyna przyznała się, że to nie chłopak był winien.

Oooo – jak ty to zrobiłeś? Bo ja jestem taki zajebisty gość, co ma super wyczulone spojrzenie na świat. A tak naprawdę to przecież wiecie, że przechodziłem przez podobne rzeczy. Może nie byłem 21kg anorektykiem, ale też wtedy strasznie wychudłem (nawet dostałem zaproszenie do szpitala) i miałem spore problemy z jedzeniem. Nazywa się to nerwicą i ja też na to chorowałem. Tylko, że to było dawno, a ja nie boję się powiedzieć prawdy.
Czemu byłem wtedy chory? Przez umierającą mamę? A dupa – nie prawda. To całe życie składało się na mój ówczesny stan. W mieszkaniu lipa, mama paliła jak lokomotywa. Na studiach także lipa, bo brak środków sprawiał, że co chwila musiałem zostawiać takie studiowanie. Łapałem się jakiś robót, ale żadna nie była porządna.

Tak – gdy teraz patrzę na tamte sprawy, wydają mi się błahe i dziecinne. Serio cierpiałem przez takie rzeczy? Ano cierpiałem. Byłem wtedy na takim poziomie i dostawałem po nerach właśnie przez takie rzeczy. W podstawówce głupie nic nie znaczące kartkówki także dawały mi po głowie, a w przedszkolu sen z powiek zabierał mi fakt, że moich rodziców nie stać było na takie samochodziki jakie mieli koledzy. Wszystko zależy od poziomu na jakim obecnie jesteś. Teraz jestem bardziej otwartym gościem. Ale też mam swoje blokady. To całkiem normalna sprawa.

Wracając do tamtej dziewczyny. Stwierdziłem, że jeżeli nie znajdą się odpowiedni ludzie, zakończy swój żywot. Smutna sprawa prawda? Ani matka, ani nikt z tego studia nie wydał mi się kompetentny by jej pomóc. Wiecie kogo człowiek najbardziej potrzebuje w takich momentach? Nie czułych cioć. Czułe ciocie są tylko balsamem na ranę. My potrzebujemy lekarza, który zoperuje taką ranę. Człowieka, który będzie dla nas autorytetem, który nas poprowadzi, za którym będziemy chcieli iść w świat. Problem w tym, że takich ludzi jest bardzo mało. Większość z nas to tylko zapatrzeni w siebie, prości, a często i puści ludzie. Małe wygadane dzieciaki. Coś tam pobzykujemy, coś tam porabiamy, ale ogólnie większość z nas jest zastraszonymi małolatami. Nie ważne że niektórzy są dyrektorami, nie ważne, że część z nas jeździ wypasionymi samochodami. Spotkać prawdziwy autorytet, za którym będzie chciało się iść, to w dzisiejszych czasach jak znaleźć igłę w stogu siana. Zresztą ostatnie wydarzenia na naszym kontynencie wyraźnie to ukazują. Takie komputerowe dzieci, które dużo gadają na swoich blogach**, a w życiu realnym najlepiej jakby zamknęli się w sobie. No dobrze. Może przesadzam. W każdym bądź razie w tamtym studiu, czy w tamtym domu nikogo takiego nie widziałem. Zaproszeni do studia goście coś tam się wymądrzali, ale jak dla mnie nie miało to znaczenia (bo nie rozumiałem), tak i dla tej dziewczyny. Coś tam pogadają, przyłożą gazę do rany, ale i tak chwilę potem zacznie wypływać z niej nowa ropa. Bo dziewczyna wróci na swoje śmieci. Do tych samych ścian, do tych samych ludzi. Do dobrej matki, która mimo swojej dobroci, nie potrafi poradzić sobie z takimi problemami. Życie.

 

Lekarzownia

Kategoria: Blog

Od jakiegoś czasu mam pewien mały problem z żołądkiem. Podjąłem więc działanie. Lekarz, gastroskopia, przepisanie jakiś antybiotyków, żarcie prochów. Ogólnie dłuższa sprawa. Kilka dni temu chciałem odwiedzić swoją rodzinną doktor by upewnić się, że stosowane przeze mnie leczenie jest prawidłowe, a leki, które biorę nie sprawią, że złoszcząc się będę zmieniał kolor na zielony.
Państwowy lekarz – wiecie pewnie z czym to się je.
Aby dostać się do lekarza, trzeba dostać numerek. Takie numerki w przychodni wydawane są od godziny 7:15. Dnia wcześniejszego sąsiadka poradziła mi, że jeżeli chcę mieć pewność, powinienem udać się tam trochę wcześniej.

Wstałem więc bardzo wcześnie i o godzinie 6:30 byłem przed przychodnią. Nieźle się zdziwiłem widząc kolejkę na minimum 15-20 starszych osób (tak tylko ja byłem ten młodszy). Jak się dowiedziałem, żeby zająć swoje miejsce, ludzie czekali tam już od godziny 5.
Widzicie to swoją wyobraźnią? Wychodzisz z domu o 4 rano, stoisz dwie bite godziny na mrozie – tylko po to, by zapisać się do lekarza.
Jak wynikało z rozmów czekających osób, obłożenie do internisty nie było zbyt duże, a skoro już tam przyszedłem, to mogłem poczekać te 30 minut. Szkoda tylko, że dowiedziałem się także, że moja doktorka już nie pracuje.

Zapisałem się do pierwszego lepszego lekarza. Dostałem numerek na godzinę 8 rano i poszedłem pod wskazany pokój. Całkiem nieźle. Szybko ogarnę lekarza, a potem spokojnie spacerkiem wrócę do domu i pojadę do pracy.

O 8:40 lekarza wciąż nie było. Wziąłem pod pachę kurtkę i zszedłem do recepcji. Pani nie wiedziała, czemu doktor nie przyszedł. Ponoć ma w zwyczaju tak się spóźniać. Pal licho mnie. Gorzej miała dziewczyna, która przez bardzo dużą gorączkę ledwo mogła usiedzieć w poczekalni.

Po chwili wyjaśnień przepisali nas do innej lekarki. Udaliśmy się pod pokój. Nie myśląc zapukałem, otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Pani doktor ogólnie wydawała się bardzo niemiła. Moja wina, że naruszyłem jej czas pracy. Na początku totalnie mnie zlała, więc kilka minut siedziałem i patrzyłem jak przekłada swoje papiery. A potem? Potem nic ciekawego się nie dowiedziałem. Nawet recepty już nie chciałem.

Suma sumarum czegoś mnie to nauczyło. Nie. Właściwie niczego nowego się nie nauczyłem. Przychodnia powinna być miejscem, gdzie okazywana jest ci pomoc, a nie gdzie traktuje się ciebie jak w jakimś państwowym urzędzie pracy.

Jakiś czas temu temu wróciłem na siłownię. Trochę za namową kumpli, trochę przez problemy z barkami, trochę przez problemy z kolanami, przez brzydka pogoda za oknem, ale głównie raczej przez chęć powrotu do starej atmosfery.
Gdy teraz patrzę, to stwierdzam, że cała tak moja przygoda dobrze mi wyszła na zdrowie. Tak – mówi to człowiek, który ma liczne kontuzje i w kosza za szybko jeżeli w ogóle nie zagra…

Czytaj więcej