Wszystkie posty z kategori "Blog"

Goście, goście

Kilka miesięcy temu zadzwoniła do mnie jakaś babeczka, z pytaniem czy nie mógł bym im pomóc z komputerem.
Ludzie wierzą w gadające węże, dobrotliwych urzędników z UE, wspaniałą emeryturę, a niektórzy także w to, że jestem ekspertem od komputerów. Tłumaczenie, że komputery to zbyt rozległa dziedzina, by w całości dobrze ją ogarniać nic nie daje (dlatego tego nie robię).

Swoją drogą tak naprawdę nie chodzi o naprawianie komputerów. Praktycznie zawsze na takiej wizycie ważniejsze było by wysłuchać, uśmiechnąć się, a czasami coś poradzić. Taki komputerowy psycholog do wynajęcia. A że w tym ostatnim całkiem nieźle mi idzie, to i nieraz jestem zapraszany na naprawę. Jeszcze jakby moimi klientami były jakieś młode ponętne dziewoje…

Trening w parku

Bardzo często słyszę, że trenowanie w parku nadaje się tylko dla amatorów. Panie – tylko trening z porządnym obciążeniem jest dla prawdziwych mężczyzn. W poniższym wpisie chciałbym przedstawić Wam moje prywatne zdanie, ale też poniekąd obserwacje.

Jak wiecie, kilkanaście miesięcy temu po kilku latach stażu na siłowni zrezygnowałem z takiego sposobu trenowania na rzecz treningu w parku. Przez ten czas miałem okazję niejako z boku przyglądać się jak wygląda trening dzisiejszych czasów, ale przede wszystkim obserwować jak staroświecki sposób trenowania wpływa na organizm.

 

Nowe podejście do treningu

Dzisiaj sobie oglądałem filmik z mojego byłego klubu. Prawie jak z byłą żoną. W końcu spędziliśmy z sobą kupę czasu…

W każdym bądź razie na filmie tym widziałem kilka kobiet, które zaciskając zęby dzielnie trenowały pod okiem trenerki.
Pot się lał, kurwy zresztą też. No ale dzielnie walczyły i nic im nie mogę zarzucić jeżeli chodzi o starania.

Ale.

Wczoraj tradycyjnie zawitałem do parku. Jak praktycznie każdego wieczora spotykam tam garstkę ludzi, którzy tak jak ja przychodzą potrenować.
Niektórzy są totalnymi amatorami i nie podciągają się nawet dwa razy. Inni tacy jak ja są super zaawansowani i robią takie figury, że nie jeden wymiatacz z Youtuba miał by przez nas kompleksy. No dobra. Żartuję. Tak naprawdę nie ma znaczenia czy ktoś dopiero zaczyna, czy trenuje naście lat. Nikt nie zaciska zębów, nikt nie wypaca litrów wody. Przychodzimy sobie, przywitamy się, potrenujemy, pogadamy, pobędziemy w naprawdę relaksującej atmosferze. Może efekty przyjdą jutro. A może za miesiąc? Ale czy to ma naprawdę takie znaczenie? Niektórzy są trochę otyli, niektórzy chudzi jak szpadel, niektórzy mają jakieś kontuzje, a inni piegi na gębie. I co? I nic.

Może to po prostu chodzi o zmianę podejścia?
Sam kiedyś katowałem się godzinami. Pakowałem, zwiększałem siłę, ale równocześnie coś mi uciekało. Akceptacja własnego człowieczeństwa. Człowieczeństwa ze wszystkimi zaletami ale i wadami jakie z sobą niesie.

Czy jeżeli w ciągu najbliższego tygodnia zrzucę 3 kg wagi stanę się szczęśliwym człowiekiem? Czy jeżeli będę robił przysiad z 215 kg na plecach będę zadowolony z życia?

Przypomina mi się pewien artykuł, który kiedyś czytałem. Pewien zawodowiec mówił o swoich wakacjach i tym, że za każdym razem gdy gdzieś jedzie szuka miejsca gdzie może znaleźć siłownię. Przypakowany, piękny, super zdrowy. I niewolnik. Niewolnik treningu.

 

Gdy patrzę z perspektywy czasu, wydaje mi się, że siłownia była dla mnie formą ucieczki przed problemami. Takim odcięciem się od świata realnego. Szedłeś, przywaliłeś z treningiem, a potem już nie miałeś siły by się przejmować tym co cię otacza. Endorfiny waliły ci do łepetyny, były dla mnie ciebie swoistym hajem.

Potem Super Szamson pomógł mi zmienić podejście. Znacie historię z konkursem prawda? W połowie jego trwania po kilku rozmowach wiedziałem już, że większość z nas nie ma szans na wygraną. Organizm wciąż był uzależniony od mocnych treningów, ale gdzieś tam w głowie zaczęły rodzić się wątpliwości. Gdzie mnie to prowadzi? Czy to jest to, co chcę całe życie robić? Czy naprawdę do końca życia chcę zaciskać zęby? Jechać na wakacje w pobliże siłowni?

W imię czego? By mieć większe mięśnie? I do czego mnie to zaprowadzi? Zyskam więcej fanek? Będę mógł zmieniać panny jak rękawiczki? Zaliczę sobie? Ale czy ja tego naprawdę chciałem?

Zastosowałem więc pewien fortel. „Jak nie wygram, odchodzę z klubu”. Nie wygrałem. Odszedłem, nie żegnając się z nikim.
Pies oczywiście przywitał moją decyzję z wielkim uznaniem, o którym wskazywał latający we wszystkie strony ogon. Szamon się wyszaleje latając za Freesbie, a ja będę jakoś tam trenował w parku.

Piszę to wszystko, bo z perspektywy czasu uważam moją decyzję za jedną z lepszych w moim życiu.
Rezultaty są wciąż bardzo dobre. Może nawet lepsze niż kiedyś? Ale one już nie mają dla mnie znaczenia. Chodzi bardziej o zadowolenie z życia. O akceptację, która się we mnie pojawiła. Trening to już nie tylko głupie powtarzanie dziwnych ruchów. Zaciskać zęby i mimo bólu i niechęci walczyć z samym sobą? Może to innym sprawia przyjemność. Równie dobrze mogę spokojniej, wolniej, a przede wszystkim przyjemnie dochodzić do swoich indywidualnych rezultatów. Wcale nie jakiś super wyśrubowanych. Takich na jakie pozwala mi organizm.

Chciałbym móc pokazać tym paniom z filmu jak można fajnie się bawić treningiem. Myślę sobie, że to nawet jest po części nasze zadanie. Pokazywać ludziom, że prawdziwy trening to nie tylko katowanie się na siłowni, ale przede wszystkim swobodna, wolna, przyjemna zabawa na świeżym powietrzu. A czy przynosząca jakieś rezultaty? Głupie pytanie :)

O samym wyglądzie treningu napiszę niebawem.

Poniedziałek

Jak co tydzień wsiadłem na rower i wyruszyłem w krótką, acz przyjemną podróż do pracy. Całą noc padało więc pogoda jest teraz bardzo rześka.
Żadne ściski z przepoconymi robolami i udającymi nimfy babciami nie są mi groźne. Zamiast smrodu którym znaczą swoje terytoria menele, w czasie jazdy dostarczane jest mi w miarę świeże Warszawskie powietrze pierwszego sortu. Uwielbiam delektować się taką spokojną, relaksacyjną jazdą. Najwyżej spóźnię się do pracy…

W pewnej chwili zobaczyłem na swojej drodze matkę. Jedną ręką prowadziła wózek, drugą trzymała żarzącego się fajka. Nie chcąc jej wystraszyć spokojnie wyminąłem ją przejeżdżając po trawniku. Mój szlachetny gest został nagrodzony kilkoma wiązankami, wśród których wychwyciłem pretensje, że nie powinienem jeździć po parku.

„Matka z fajkiem” pomyślałem sobie. „Nie mamy o czym rozmawiać”.

Tak oto rozpoczął się nowy wspaniały tydzień. Dzisiaj pojadę odebrać wyniki rentgena stawu barkowego. A co potem?

Wymiana

Bark idzie do wymiany. Jutro pojadę po wyniki prześwietlenia, chociaż i tak już wiem co mi dolega  i co będę musiał zrobić.

Sobotę spędziłem w parku. Najbliżsi znajomi jak zwykle wyalienowali, więc nie było co liczyć, by ktokolwiek z nich pojawił się na świeżym powietrzu. Dziwne to, bo pogoda była nieziemsko ładna. Mogłem tylko patrzeć na innych i zazdrościć im wspólnej zabawy.