Wszystkie posty z kategori "Blog"

Spotkanie z Zeusem

Weekend należał do udanych. Oh. Jakże wspaniałe rozpoczęcie nowego wpisu. Normalnie wszyscy będą w niebo wzięci.

Upał za oknem nie pozwalał mi siedzieć zbyt długo w kamiennym czworościanie.
Sobotni dzień spędziłem na basenie. Było całkiem miło, chociaż zbyt tłocznie jak na mój gust. O bardziej sensownym pływaniu nie było mowy, pozostawało więc „dupne” moczanie swoich cielsk. Bywało lepiej…

Niedziela była już ciekawsza. Znowu chodziło mi po głowie kąpielisko. Postanowiłem jednak dać sobie spokój z tą zachcianką. Wspaniała pogoda na zewnątrz, słońce, ptaszki – wszystko po to by z tego korzystać. Nie miałem serca by zostawić Szamę Samson samą w zimnych pustym domu. Zresztą w tym tygodniu nie przyłożyłem się zbytnio do poprawienia naszych relacji. Przyszedł czas by do akcji wkroczył sam Super Fantomas.

Zarzuciwszy torbę na ramię wraz z Szamą Samsonem udałem się do parku. Standardowy trening na placu połączony z „patyko-bieganiem” był bardzo przyjemny. Dla nas obojga. Drążek miał tendencję do wyślizgiwania się ze spoconych dłoni, na szczęście kilka dni temu uszyłem sobie specjalne paski zaczepne, które niwelują tą niedogodność. Typowy osprzęt super bohatera.

Co tu dużo pisać. Piękny dzień, wspaniałe chwile. Człowiek chciałby by było tak częściej.
Potem przyszła całkiem groźnie wyglądająca burza. Zgrzani półnago wracaliśmy sobie spacerkiem do domu, „śmiejąc” się z ludzi, którzy odruchowo chowali się przed siarczyście padającym deszczem.
„Co my z cukru jesteśmy?”
Miły deszczyk kropiący… właściwie walący jak z automatu na nasze ciałka to przyjemność w tak gorące dni.
Swoją drogą nawet mnie to zastanawiało. Czemu my tak bardzo unikamy takich „rzeczy”? Szama Samson jak większość psów bardzo lubi latać po deszczu. Małe dzieci też uwielbiają latać po dworze gdy z nieba leje się deszcz. Szczególnie gdy pojawiają się kałuże…

…Ale potem – przychodzi jakiś taki magiczny moment, który łamie nam się serce. Dorastamy. Wszystkie wspaniałości z dzieciństwa zostają przez nas samych uśmiercone. Przestajemy cieszyć się błahostkami i tym co mamy pod ręką. Tym co właściwie daje nam świat. Co daje nam, nie wymagając nic w zamian…

Spokojny powrót musieliśmy nieco przyśpieszyć, gdy tuż nad nami zaczęły trzaskać pioruny. Nawet Super Fantomas wie, że spotkanie z gniewem Zeusa nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Przynajmniej tam mówią ci nieliczni, co takie spotkanie przeżyli…

Super pies tu de reskiu

Park Szczęśliwicki. Godzina 19:30.

Czworo przyjaciół odbija spokojnie piłkę do siatkówki. Jedno odbicie, kolejne odbicie. To fajna sprawa tak grać z przyjaciółmi.
Kolejne wybicie okazuje się nieudane. Piłka zaczyna toczyć się po skośnym terenie i wpada z prędkością do jeziora.
Przyjaciele podbiegają do brzegu, starają się ją uratować, jednak jest już za późno, by ją wyłowić.

Wymyślają sposób na odzyskanie swojej piłki. Przywiązują butelkę to znalezionego nieopodal sznurka. Rzucając swoim wynalazkiem w oddalającą się piłkę, próbują ją wyłowić.
Niestety.
Kolejne próby nie przynoszą pożądanego rezultatu. Właściwie piłka wydaje się stracona.
Zmartwieni stoją na brzegu patrząc jak piłka z sekundy na sekundę odpływa w sobie tylko znanym kierunku. Szkoda. Wielka szkoda.

Nagle kilkanaście metrów od nich mały piesek wyskakuje w powietrze, przelatuje kilka metrów, a następnie równie sprawnie wpada do wody.
Szybko obejmuje kierunek oddalającej się piłki. Podpływa i holuje okrągły obiekt do brzegu. Zaskoczenie i radość pojawia się na buziach przyjaciół.
Ich piłka została wyłowiona.

W oddali na brzegu z założonymi rękoma na piersi stoi uśmiechnięty jegomość. Przyjaciołom przez chwilę zdaje się, że wyglądem nieco przypomina kartofla. Nie – niemożliwe. To chyba gorąc sprawia im figla.
Piesek radośnie podbiega do tajemniczej postaci, po czym razem się oddalają.

Dziarski wujaszek

Obiecałem. Co więc mogłem zrobić? Musiałem pojechać, chociaż nie było mi to w smak.
Jazda kilka godzin w zatłoczonym pociągu nie jest miła. Ta sama jazda z psem na kolanach zabiera nam dodatkowe kilka punktów do statystyki „przyjemność”.
Kiedy jednak obiecujesz swoim siostrzeńcom, że przyjedziesz, wtedy żadne statystyki nie nie mają znaczenia.

Po zeszło tygodniowej przygodzie z PKP, postanowiłem skorzystać z PKS. Cena o niebo niższa, jazda równie średnia co w przypadku wagonów.
No cóż – o rzeczach nieprzyjemnych pisać mi się nie chcę, skoncentruję się więc na późniejszej akcji. A ta – była bardzo przyjemna.
Zdobyłem kilkoro nowych przyjaciół i – siostrzeńców.

To jest tak. Żyjesz sobie codziennością. Czasami przeleci samolot, czasami w twojej okolicy coś się wydarzy. Ogólnie jednak dni są całkiem do siebie podobne. Wystarczy jednak by pojawił się oczekiwany wujek, i wtedy zaczyna się jakaś odmienność. Nie jest to coś, bo wywraca świat do góry nogami, ale mimo wszystko jest inne. Coś się dzieje.
Wujek wychodzi z tobą na dwór, organizuje grę w piłkę nożną. Znajomi się zbiegają i zaczyna się wspaniały mecz „argentina – niemćy”. Nie ważne, że mało kto z was potrafi grać. Kopanina, bieganie za piłką. Ale przede wszystkim – super zabawa. Po meczu wujek zabiera wszystkich na lody i napoje. Rozumiesz – typowo męskie spotkanie, mimo to, że mało kto z was ukończył 10 lat.
Potem idziecie z wujkiem na staw. Możecie tam chodzić codziennie, jednak tym razem idziecie z wujkiem. Skaczecie do wody, wujek was wyrzuca w powietrze, jest inaczej.

Nawet twoi znajomi wołają do niego wujku. Bo to wujek dla wszystkich. Taki… całkiem fajny gość.

Może to moja „dziecinność”? Ja po prostu lubię spędzać czas z dziećmi. Pograć z nimi w piłkę, pouczyć nowych rzeczy. Sprawić, by fajnie spędzały czas. Po prostu sam się przy tym dobrze bawię.
Mimo, że z roku na rok do koszyczka z napisem „wiek” przybywa lat, nie uważam się za starego dziada. Może właśnie dzięki tej dziecinności mam takie dobre podejście do dzieciaków?

Hmm. Jestem po prostu dobrym wujaszkiem. I tyle.

Wieczorne bzykanie

Środa. Trening na świeżym powietrzu został zakończony. Super Samson skończył trening skoków do wody na klatę. Z zadowoleniem witaliśmy wieczór. Wieczór, który wcale nie musiał być nudny.
Postanowiłem udać się do agentki XXXNikt.

Sam na sam z byłą dziewczyną. Ona samotna, ja samotny. Nastrojowa atmosfera. Piękny wieczór, spokojna muzyczka grająca w tle, puste łóżko zapraszające do sprawdzenia jego sprężystości. Cała ta sytuacja miała tylko jedno przesłanie. Przestań myśleć i zacznij działać.

Ponoć… niektórzy mówią, że po dobrym bzykaniu człowiek czuje się zmęczony. Jeżeli zmęczenie jest wyznacznikiem dobrego „numerku”, to ja wczoraj musiałem rżnąć aż leciały wióry.

Po wypiciu zielonej herbaty, spokojnej rozmowie, zacząłem z wolna się zbierać do domu. Wtedy to właśnie zaczął się moje życiowe bzykanie. Okazało się, że ostatni autobus już odjechał. Powtórka z przeszłości? Czemu nie. W sumie wieczorny spacer w tak ciepłą noc jest bardzo przyjemną sprawą. Udałem się więc do domu na piechotę.
Trzydzieści minut i kilkanaście sekund dalej wsadzałem klucz do zamku drzwi swojego mieszkania. I wtedy zdałem sobie sprawę, że czegoś mi brakuje. Tak jakby dotąd nieuchwytna myśl dała się złapać. Klucz. Kurde – gdzie ja mam klucz? Pusta ręka sięgająca w stronę dziurki od klucza zupełnie zgłupiała…
To co? Replay? A masz inne wyjście? Dwadzieścia minut biegu i znowu byłem u boku agentki XXXNikt.
No dobrze. Co to dla super bohatera. Prawda? Kiedyś nieraz z buta robiłem o wiele większe dystanse. Może to i prawda. Ale raczej nie były to spacery o 1 w nocy.
Po 2 w nocy wreszcie wróciłem do domu. Nocne wyjście z szamą, nadrobienie kalorii i właściwie moje energetyczny bak został w pełni opróżniony.

Bzykanie. Można to robić na różne sposoby. Można bzykać się z drugim człowiekiem. Można bzykać tak jak pszczółki.  Można też bzykać jak niektórzy super bohaterowie –  po mieście uśpionym w objęciach nocy.
Do wyboru – do koloru.

Aneta

Anetka skarpetka. Ale nie dziś.
Dawno już nie jeździłem po ludzkich osobach w moim blogu.  Nagminnie realizowana w przeszłości czynność sprawiła zbyt dużo przykrości opisywanym osobom, bym z chęcią do niej wracał.
Ci z was, którzy śledzą moje wpisy, z pewnością zauważyli zmiany jakie następowały w czasie prowadzenia tego – już n-tego bloga.
Kiedyś bardzo emocjonalne teksty, z czasem zamieniły się w suche teksty, aż w końcu przejść w krótkie jak na moje gadanie wypowiedzi.
I tak zostało.
Dzisiaj wrócę do korzeni i stanę się lustrem pewnej osoby. Anetka, skarpetka.

4 sekundy

Sekunda pierwsza.
Za chwilę zderzę się z nadjeżdżającym samochodem. Dziwne to uczucie. W głowie szaleje sztorm myśli. Wszystko i nic przepływa przeze mnie. Nie mam odwrotu. To tak, jakbym poddawał się losowi. Wszystko jest sprawiedliwe. Tak właśnie miało być.
Już za chwilę może mnie nie będzie?. Za moment całe moje życie, marzenia, przeżycia, pragnienia – wszystko to może nie mieć znaczenia.
Nie buntuję się. Tak ma być.

Sekunda druga.
Zderzenie. Nie boli. To raczej ciekawe doznanie. Może to wszystko dzieje się za szybko? A może po prostu zgadzam się z tym? Teraz los kieruje moim istnieniem. Ufam mu.

Sekunda trzecia.
Wylatuję w powietrze. Cały świat staje w miejscu. Przechodzący obok ludzie zatrzymują się w kamiennych pozach. Samochody przestają trąbić, otaczający cię gwar zamiera. Świat stygnie w nieruchomej pozie. Nastaje spokój.

Sekunda czwarta.
Powrót do rzeczywistości. Siłą zostaję wbity w ulicę. Krążąca w żyłach adrenalina sprawia, że ból nie ma dla mnie znaczenia. Wstaję. Spoglądam na rower. Pierwsze myśli docierają do mnie. Oho – koło zostało powyginane. Będę musiał nieść rower do domu…

– Nic się panu nie stało? jakaś kobieta coś do mnie mówi.
– Nie. Odruchowo odpowiadam wciąż spoglądając na powyginane koło.
– Ale jest pan ranny.
– Nic mi nie jest. Naprawdę.
– Może wezwać karetkę? Jest pan w szoku.
– Nie. Nic mi nie jest. Ja muszę już iść.
Podziękowałem kierowcy za pomoc i się pożegnałem. Przykładając ręcznik do krwawiącego czoła, wracam do domu.

Po kilku minutach pojawiają się pierwsze myśli.
– A więc tak to wszystko wygląda?
– Gdyby ten samochód jechał nieco szybciej pewnie by cię tutaj nie było.
– No tak – ale nie jechał. To znaczy, że nie dane mi było dzisiaj odejść.
– Tak. To całkiem ciekawe doznanie.

Godzinę później moje życie wraca do normalności. Poobcierane ręce, poobijana głowa będą się goić jeszcze przez jakiś czas. To nic. Nic się nie stało.

Gdy opowiadam ludziom o tym zdarzeniu, w większości się pytają, czemu nie przycisnąłem tego gościa? Czemu nie wezwałem policji i nie kazałem mu płacić odszkodowania?
Nie. Ja tak nie chcę. Takie rzeczy jak ten wypadek się zdarzają. Dlatego to się nazywa wypadkiem.
Mógł bym go ciągać po sądach, wykazać się zawziętością. Ale ja tak nie chcę.
Nasz świat i tak się wali. To nie tylko wina złych rządów. To też wina nas samych.
Aby zmieniać ten świat na lepsze, powinniśmy zacząć od nas samych.
Czasami warto zacząć od rzeczy najmniejszych. Od życzliwości.

Czasami po prostu nie warto szkodzić na siłę innym. Lepiej się uśmiechnąć i cieszyć się z tego co nas spotkało. Bo cóż lepszego mogło mnie spotkać niż to, że przeżyłem…