Wszystkie posty z kategori "Teksty"

Gra

W nieprzebranej czarnej pustce kosmosu słychać ciche odgłosy pstryknięcia.

A więc Panno Nadziejo – zaczynajmy kolejną partię? Wszak nie kulturalnym jest kazać czekać damie.

– Pan jak zwykle w tym swoim szarmanckim stylu

Przez chwilę Nadzieja miała wrażenie że biała czaszka wystająca spod czarnego kaptura uśmiechnęła się.

W rogu stołu siedział oparty rękoma o blat stołu grubszy jegomość.

– Gdybyś nie grał tak ryzykownie, pewnie jeszcze wszystkiego byś nie stracił.

Złość jak zwykle tylko się naburmuszył.

Śmierć zgasił dopalający się papieros w ustawionej na stole popielniczce. W tym samym momencie kilkanaście miliardów lat dalej pewien stary człowiek dokończył swój żywot.

To jak Panno Nadziejo? Możemy zaczynać?

Znowu rozległ się charakterystyczny odgłos zapalanego papierosa. Śmierć zaciągnął się aromatycznym zapachem dymu.

W pewnym małym sercu zapaliła się iskra nadziei.

Dialog z Bogiem 2

…Bo widzisz. Skoro przychodzimy na ten świat tylko po to by go przeżyć… Ale nie przeżyć spełniając własne marzenia, nie przeżyć ciesząc się chwilami… Tylko przeżyć po prostu „odbębniając” własne życie – odkładając je na później… To mimowolnie nasuwa mi się pytanie – po co to wszystko?

Taki był Twój rzeczywisty zamiar? Na tym to wszystko miało polegać? Rodzimy się, niezauważalnie odbywamy swój niechciany staż na Ziemi, po czym trafiamy do piachu i świat o nas zapomina? Tak to wszystko miało wyglądać? Po to ten cały twór został stworzony?

Po co – skoro ma nam to nie dawać radości, przyjemności, zadowolenia?

A może – może po prostu my nie potrafimy… nie chcemy z tego skorzystać? To jest tak jak z tą ludzką naturą.

Spojrzenie normalna ludzka rzecz. Dotyk – normalna ludzka rzecz. Smak, węch, słuch – wszystko to jest naszą ludzką własnością.
Czemu więc częstokroć tak bardzo się tego wszystkiego obawiamy? Trzymanie drugiej osoby za rękę jest samoczynnie narzuconym „grzechem”. Spoglądanie na piękno drugiej osoby nam nie wypada. Słuchamy słów innych skrywając swoje zainteresowanie. Smak, dźwięk – mając wrodzone prawa do tych rzeczy udajemy, że nie są nasze.

Jestem człowiekiem. Jeżeli mam się wstydzić za to, że posiadam ludzkie pragnienia – to do cholery – po co to wszystko jest nam dane?

Stworzyłeś dla nas Świat. Stworzyłeś dla nas nasz Raj. A my – my po prostu udajemy, że tego wszystkiego nie ma. Ciekawe tylko czemu? Tak łatwiej? Lepiej? Skoro lepiej, to czemu tylu ludzi się tak bardzo męczy? Na ulicach widzę żebraków, w gazetach i telewizji ludzie płaczą i agresją wyrażają swój żal. Tak mało uśmiechu i radości z prostych zwyczajnych rzecz. Wspólny spacer „za rękę” staje się niedostępnym rarytasem. Bo zapominamy, że to wszystko jest tylko dla nas…

Ah. Jak to dobrze czasami sobie z Tobą porozmawiać…

Dialog z Bogiem

A może właśnie to Cię tak zasmuciło? Dałeś człowiekowi wszystko co mogłeś dać. A mimo tego Cię zawiódł? Zawiódł? A może co innego Cię zasmuciło? Może to, że mimo tych wszystkich darów nie mogłeś być dla niego bardziej realny od swego rywala? Bo przecież diabeł był realnym wężem z maślanymi oczami, a Ty – ty byłeś „tylko” wszystkim. Przecież wiesz, że czasami bardziej zwracamy uwagę na szczegóły, niż na całokształt. Może to cię zasmuciło?..

A może zasmuciło Cię to, że diabeł musiał zadziałać. Bo mimo to, że dałeś ludziom wszystko o czym mogli zamarzyć, nie mogłeś im dać jednej rzeczy. Iskry, która by sprawiła, że ich istnienie nabierze pełnych barw. Bo kolory są nie tylko pastelowe, ale też brunatne czy czarne. I żeby życie było pełne, musi opierać się na całej gamie, a nie tylko na lukrowych odcieniach.

Ale Ty to wiesz prawda? I może właśnie to cię zasmuciło. Że w świecie musi istnieć równowaga, chociaż byśmy chcieli inaczej.

Może następnym razem złamiemy pewne zasady? Może nieco okroimy kolorystykę tego świata? Ktoś kiedyś powiedział, że zasady są po to by je łamać. A jeżeli nie wyjdzie – nie martw się. Ja nikomu nie pisnę słowa. Ale zróbmy to na początku wirtualnie – tak by nikt nie ucierpiał.

…Hmm… A co jeżeli Ty już skorzystałeś z tego pomysłu?…

Samotność w sieci

Kiedy zaczynałem przygodę z internetem, często witałem na łamach czatów, irców i podobnych systemów. Były to „początki” internetu gdzie portale społecznościowe były nieznanym ludziom pojęciem. Web 2.0 nie istniał a większość stron była tylko statycznym hobbistycznie klepanym kodem, który nie zwracał uwagi na semantykę, dostępność i podobne sprawy.
Było w tym wszystkim coś pięknego.

Strach przed życiem

Dom, szkoła, praca. Każdego dnia nakładane są nam kolejne więzy, które nosimy z sobą przez następne lata. To jest złe, tamto jest złe. Masz robić tak i tak.
Życie większości z nas składa się z narzuconych nam sekwencji. Dzieciństwo, szkoła, studia, praca. Koniecznie w tej kolejności. Musisz się ożenić, założyć dom i być zawsze uśmiechniętym rodzicem. Masz chodzić codziennie do pracy z bananem na twarzy. Masz być dobry, miły dla innych. I masz być „szczęśliwy”.

Gdzieś w tym całym piekielnym wirze znajdujesz się prawdziwy ty – samotna zagubiona jednostka przestraszona własnego życia.

Boimy się.
Boimy się własnego życia. Boimy się gdy nauczycielka nas karci. Boimy się jutrzejszego egzaminu,  boimy się jego wyników, boimy się zadać pytanie wykładowcy. Latami jesteśmy chowani tak, by bać się własnego siebie. Lata szkolne zostają odbębnione – zdobyliśmy nic nie znaczące cyferki i jesteśmy z siebie dumni. Strach pozostał.

Przychodzi okres pracy, której tak dużo z nas nie potrafi znaleźć. Nie. Nie dlatego, że tej pracy nie ma. Dlatego że boimy się walczyć o swoje. Boimy się wyjść z własną inwencją, boimy się spróbować podjąć pracę na wymarzonej przez nas posadzie, boimy się walczyć o swoje. Na każdy nasz lęk mamy stosowną wymówkę. Z pewnością jesteśmy za mało doświadczeni, na pewno nie będą nas chcieli, nie mamy „chodów u kierownika”, jesteśmy brzydcy i mało atrakcyjni. Latami jesteśmy przygotowywani do odpowiedniej tchórzliwej postawy.

W końcu znajdujemy pracę. Nie jest może wymarzona, ale jest. Siedzimy cicho na stołku jak myszka w swej norce. Każde upokorzenie przyjmujemy z pogardą – bo tak trzeba. Szef na nas nawrzeszczy? Dobrze – ma przecież do tego prawo. Wyższa stanowiskiem pracownica będzie się na nas wyżywać? Nic to – zniesiemy i to. W końcu jesteśmy twardzi. Prawda?

Jednak gdzieś tam głęboko w sercu będziemy słyszeć krzyk, że to wszystko nie jest takie jak być powinno.

Może któregoś dnia niektórzy z nas zrozumieją, że wcale nie musimy się bać. Może niektórzy z nas zrozumieją, że powinniśmy walczyć o swoje. Może w końcu niektórzy z nas otworzą się na świat i zapanują nad wpajanym nam przez całe życie strachem…

Tak naprawdę wszystko zależy od nas samych. Czy będziemy odważnie kroczyć przez życie? Czy może wybierzemy tą drugą ścieżkę i dalej będziemy bać się siebie samych…

Rowerowy świat

A gdyby tak w 1883 roku K. Benz nie skonstruował samochodu? Gdyby tak inni wielcy konstruktorzy (z G. Daimlerem na czele) nie stworzyli tego pojazdu. Czy ludzie byli by bardziej nieszczęśliwi? Przypuśćmy, że zamiast samochodów świat poszedł w … rowery.

Rok 2011. Planeta Ziemia. Pełne spokoju miasta rozbrzmiewają niezliczonymi dźwiękami rowerowych dzwonków. Stojący na skrzyżowaniu odziany w schludny niebieski uniform pan mundurowy udaje, że nie dostrzega walorów pani Basi, której kolana zalotnie wychylają się spod biało krótkiej sukieneczki. Pani Basia jak reszta społeczeństwa jedzie z uśmiechem do pracy na swojej ukochanej „holenderce”. Zamontowane na przedniej kierownicy pojazdu urządzenie miłym basowym głosem informuje za ile właścicielka pojazdu dotrze do celu.

Nieopodal tego miejsca – dwie postacie – jedna z postury przypominająca kartofla i druga – zwyczajny pies – przyglądają się temu sielankowemu widokowi. Ulice tętnią rytmicznym spokojnym ruchem, który za nic w świecie nie chce się zakorkować.
Nie ma złowieszczych klaksonów (co to w ogóle jest ten klakson!), nie ma przeklinania (ciekawe co by musiało się stać, by ludzie na ulicach na siebie klęli), a ludzie wydają się jacyś tacy zadowoleni.

– Jak myślisz Szamsonie. Czemu ci wszyscy ludzie są tacy zadowoleni? Może ma na to wpływ codzienna porcja ruchu? To przez zdrowie? Brak problemów z ciśnieniem? A może to te czyste powietrze i ta panująca harmonijna cisza? Ciekawa sprawa – nie sądzisz?

Mały pies drapie się za uchem zupełnie nie zwracając uwagi na mówiącego partnera.
Nagle dostrzega przelatującego niedaleko małego motylka i beztrosko wybiega za na ulicę – prosto pod koła nadjeżdżającej „śmierci”.
Rozpędzony do zawrotnej szybkości 30km rower pana Romana hamuje z piskiem. Niestety pan Roman nie jest w stanie zapanować nad rozpędzoną maszyną, która uderza w nadbiegającego psa.

Potrącony Szamson upada na ulicę, wstaje, rozciąga się, ziewa, dostrzega swoją zdobycz i dalej pędzi w pogoń za miniaturowym latającym uciekinierem.

– Uff. Dobrze, że te nasze pojazdy nie wyglądają jak jakieś metalowe puszki. Pan Roman wzdycha z ulgą.

Stojąca obok przypominająca nieco kształtem kartofla postać wygląda na nieco załamaną
– Szamson! Ogarnij się!

Ah marzenia. Ludzie są zbyt próżni, by coś takiego miało miejsce. Liczy się „ja”, a to co w koło nie ma znaczenia.
Nawet dni nazwane „rowerowymi” w praktyce nie mają za wiele wspólnego z teorią. Może w mniejszych miejscowościach, bardziej cywilizowanych społecznościach – może tam ma to sens. U nas w Warszawie póki co mija się to z celem. Chociaż może to zbyt mocne słowa, bo przecież nawet jedna zbawiona duszyczka to już dobry powód by takie dni organizować.
Dobrze i tak, że w ciągu ostatnich lat sytuacja bardzo się poprawiła. Teraz jazda do pracy na rowerze to już nie obciach. Muszę w końcu naprawić ten swój rower, bo już wiosna puka do okien.

Pewna osoba zarzuciła mi, że bardzo negatywnie wyrażam się o ludziach. Ponoć taki ze mnie typowy snob, który traktuje innych z góry, a sam jest zachowuje się jak największy pępek świata.
Możliwe. Możliwe, że taki jestem. Ale jako największy pępek, nie jestem w stanie tego dostrzec. Niestety…

Co do ludzi… Nigdy nie traktowałem ludzi źle. Uważam że jesteśmy całkiem fajni. Mamy też dużo pozytywów. Ale to, że ktoś ma plusy – nie oznacza, że jego minusy tracą na sile.
Dzień w dzień widuję porozrzucane po chodnikach worki ze śmieciami. Wystarczy podjechać pod dworzec zachodni by zobaczyć wysypisko śmieci. To nie papierek od cukierka, który nasze mamy skrupulatnie uczyły nas wyrzucać do kosza na śmieci. To całe walające się sterty śmieciami. Czy to nasze lenistwo? Czy może po prostu próżność i nie dbanie o całą resztę sprawiają, że tak trudno przejść dodatkowe 10 metrów do pobliskiego śmietnika? A może to coś więcej?

Chciałbym być takim pozytywem, który widzi świat tylko w kolorach różu.
Na przykład dzisiaj rano poszedłem do parku. Piękna sprawa. Ptaki się budzą, ładna atmosfera, pogoda też sprzyja spacerom. Szama zadowolona gna w nasze ulubione miejsce, skąd rzucam jej patyka. Jestem bardzo zadowolony. Gdy podchodzę na nasze miejsce, widzę jak ktoś (zapewne z nudów) rozpieprzył pobliską ławkę i rozrzucił w koło niej stertę puszek i pobitych butelek. Mój pozytyw słabnie.

Nigdy nie byłem ideałem. Nigdy się za takiego nie uważałem. Ale nie mam też zamiaru przymykać oczu na nasze wady. Bo to że ktoś sra swym psem na chodnik plusem nie jest.

…Co nie zmienia faktu, że mogę być i snobem.