Wszystkie posty z kategori "Trening"

Nowe podejście do treningu

Dzisiaj sobie oglądałem filmik z mojego byłego klubu. Prawie jak z byłą żoną. W końcu spędziliśmy z sobą kupę czasu…

W każdym bądź razie na filmie tym widziałem kilka kobiet, które zaciskając zęby dzielnie trenowały pod okiem trenerki.
Pot się lał, kurwy zresztą też. No ale dzielnie walczyły i nic im nie mogę zarzucić jeżeli chodzi o starania.

Ale.

Wczoraj tradycyjnie zawitałem do parku. Jak praktycznie każdego wieczora spotykam tam garstkę ludzi, którzy tak jak ja przychodzą potrenować.
Niektórzy są totalnymi amatorami i nie podciągają się nawet dwa razy. Inni tacy jak ja są super zaawansowani i robią takie figury, że nie jeden wymiatacz z Youtuba miał by przez nas kompleksy. No dobra. Żartuję. Tak naprawdę nie ma znaczenia czy ktoś dopiero zaczyna, czy trenuje naście lat. Nikt nie zaciska zębów, nikt nie wypaca litrów wody. Przychodzimy sobie, przywitamy się, potrenujemy, pogadamy, pobędziemy w naprawdę relaksującej atmosferze. Może efekty przyjdą jutro. A może za miesiąc? Ale czy to ma naprawdę takie znaczenie? Niektórzy są trochę otyli, niektórzy chudzi jak szpadel, niektórzy mają jakieś kontuzje, a inni piegi na gębie. I co? I nic.

Może to po prostu chodzi o zmianę podejścia?
Sam kiedyś katowałem się godzinami. Pakowałem, zwiększałem siłę, ale równocześnie coś mi uciekało. Akceptacja własnego człowieczeństwa. Człowieczeństwa ze wszystkimi zaletami ale i wadami jakie z sobą niesie.

Czy jeżeli w ciągu najbliższego tygodnia zrzucę 3 kg wagi stanę się szczęśliwym człowiekiem? Czy jeżeli będę robił przysiad z 215 kg na plecach będę zadowolony z życia?

Przypomina mi się pewien artykuł, który kiedyś czytałem. Pewien zawodowiec mówił o swoich wakacjach i tym, że za każdym razem gdy gdzieś jedzie szuka miejsca gdzie może znaleźć siłownię. Przypakowany, piękny, super zdrowy. I niewolnik. Niewolnik treningu.

 

Gdy patrzę z perspektywy czasu, wydaje mi się, że siłownia była dla mnie formą ucieczki przed problemami. Takim odcięciem się od świata realnego. Szedłeś, przywaliłeś z treningiem, a potem już nie miałeś siły by się przejmować tym co cię otacza. Endorfiny waliły ci do łepetyny, były dla mnie ciebie swoistym hajem.

Potem Super Szamson pomógł mi zmienić podejście. Znacie historię z konkursem prawda? W połowie jego trwania po kilku rozmowach wiedziałem już, że większość z nas nie ma szans na wygraną. Organizm wciąż był uzależniony od mocnych treningów, ale gdzieś tam w głowie zaczęły rodzić się wątpliwości. Gdzie mnie to prowadzi? Czy to jest to, co chcę całe życie robić? Czy naprawdę do końca życia chcę zaciskać zęby? Jechać na wakacje w pobliże siłowni?

W imię czego? By mieć większe mięśnie? I do czego mnie to zaprowadzi? Zyskam więcej fanek? Będę mógł zmieniać panny jak rękawiczki? Zaliczę sobie? Ale czy ja tego naprawdę chciałem?

Zastosowałem więc pewien fortel. „Jak nie wygram, odchodzę z klubu”. Nie wygrałem. Odszedłem, nie żegnając się z nikim.
Pies oczywiście przywitał moją decyzję z wielkim uznaniem, o którym wskazywał latający we wszystkie strony ogon. Szamon się wyszaleje latając za Freesbie, a ja będę jakoś tam trenował w parku.

Piszę to wszystko, bo z perspektywy czasu uważam moją decyzję za jedną z lepszych w moim życiu.
Rezultaty są wciąż bardzo dobre. Może nawet lepsze niż kiedyś? Ale one już nie mają dla mnie znaczenia. Chodzi bardziej o zadowolenie z życia. O akceptację, która się we mnie pojawiła. Trening to już nie tylko głupie powtarzanie dziwnych ruchów. Zaciskać zęby i mimo bólu i niechęci walczyć z samym sobą? Może to innym sprawia przyjemność. Równie dobrze mogę spokojniej, wolniej, a przede wszystkim przyjemnie dochodzić do swoich indywidualnych rezultatów. Wcale nie jakiś super wyśrubowanych. Takich na jakie pozwala mi organizm.

Chciałbym móc pokazać tym paniom z filmu jak można fajnie się bawić treningiem. Myślę sobie, że to nawet jest po części nasze zadanie. Pokazywać ludziom, że prawdziwy trening to nie tylko katowanie się na siłowni, ale przede wszystkim swobodna, wolna, przyjemna zabawa na świeżym powietrzu. A czy przynosząca jakieś rezultaty? Głupie pytanie :)

O samym wyglądzie treningu napiszę niebawem.

Szczegóły treningowe

Idąc do sklepu zauważyłem bardzo długą kolejkę. Ponad setka osób stała w rządku dwukrotnie okrążającym nieduży salon z perfumami w którym odbywała się wielka promocja.

Na forum rozgorzała wielka dyskusja na temat diety tłuszczowej. Ludzie prześcigają się w przerzucaniu się wiedzą, którą posiadają. Jedz 200 gram orzechów, fruktoza pomija etapy procesu trawiennego, jedzenie owoców nie jest dobre, używaj pasków do badania swojego Ph…

Jakże my dziwni jesteśmy. Skupiamy się na szczegółach, czy nawet szczególikach, równocześnie skazując się na ograniczenia. Stoimy godzinami w długich kolejkach by zaoszczędzić 10zł kupując perfumy po promocji, równocześnie częstokroć męczymy się w nędznych robotach za grosze.

Wygrani i przegrani

Kolejne sportowe grupy  na Fecebooku wyrastają jak grzyby po deszczu.  W większości to kolekcje obrazków z hasłami układanymi przez nieznane mi osoby. Dzisiaj na jednej z takich grup pojawił się kolejny wpis.

Mądre – prawda?

Nie koniecznie.

Kalistenika

Kalistenika jest starożytną metodą treningu z masą własnego ciężaru. Jedną z jej odmian jest „street workout”, który można powiedzieć jest jest taką samą odnogą jak free runing dla Parkura.
Tyle odnośnie głupot. Znacie mnie i wiecie, że nie lubię pisać regułkami. Zresztą nie jestem w tym dobry.

Od czego by tu zacząć…
Ostatnimi czasy wspominałem coś o pewnej zmianie, która nastąpiła w moim podejściu o treningu. Pamiętacie? A ja pamiętam :)
Taka mini zmiana o 180 stopni, która wyprała mi mózg, by następnie napełnić go nową, świeżą oliwą. Właściwie można powiedzieć, że odnalazłem swój prawdziwy tor.

Przesada

W dzisiejszym odcinku chciałbym poopowiadać o przesadach. Pewien mój znajomy kilka miesięcy temu przyszedł do klubu. Wszystko było fajnie – na początku. Z dnia na dzień jednak zacząłem dostrzegać w jego treningu szczątki szaleństwa. Ale czy przesada w „dobrych rzeczach” może być zła? Jak najbardziej.

Mniej więcej

Mój trening trwał już w najlepsze, gdy do sali wszedł mój kumpel.
Jest On typowym pasjonatem, któremu udało się zrzucić kilkanaście kilo balastu. Niestety mam wrażenie, że nieco zachłysnął się tym co osiągnął, przez co popełnia jeden z podstawowych błędów większość amatorów…