Lekarzownia

Od jakiegoś czasu mam pewien mały problem z żołądkiem. Podjąłem więc działanie. Lekarz, gastroskopia, przepisanie jakiś antybiotyków, żarcie prochów. Ogólnie dłuższa sprawa. Kilka dni temu chciałem odwiedzić swoją rodzinną doktor by upewnić się, że stosowane przeze mnie leczenie jest prawidłowe, a leki, które biorę nie sprawią, że złoszcząc się będę zmieniał kolor na zielony.
Państwowy lekarz – wiecie pewnie z czym to się je.


Aby dostać się do lekarza, trzeba dostać numerek. Takie numerki w przychodni wydawane są od godziny 7:15. Dnia wcześniejszego sąsiadka poradziła mi, że jeżeli chcę mieć pewność, powinienem udać się tam trochę wcześniej.

Wstałem więc bardzo wcześnie i o godzinie 6:30 byłem przed przychodnią. Nieźle się zdziwiłem widząc kolejkę na minimum 15-20 starszych osób (tak tylko ja byłem ten młodszy). Jak się dowiedziałem, żeby zająć swoje miejsce, ludzie czekali tam już od godziny 5.
Widzicie to swoją wyobraźnią? Wychodzisz z domu o 4 rano, stoisz dwie bite godziny na mrozie – tylko po to, by zapisać się do lekarza.
Jak wynikało z rozmów czekających osób, obłożenie do internisty nie było zbyt duże, a skoro już tam przyszedłem, to mogłem poczekać te 30 minut. Szkoda tylko, że dowiedziałem się także, że moja doktorka już nie pracuje.

Zapisałem się do pierwszego lepszego lekarza. Dostałem numerek na godzinę 8 rano i poszedłem pod wskazany pokój. Całkiem nieźle. Szybko ogarnę lekarza, a potem spokojnie spacerkiem wrócę do domu i pojadę do pracy.

O 8:40 lekarza wciąż nie było. Wziąłem pod pachę kurtkę i zszedłem do recepcji. Pani nie wiedziała, czemu doktor nie przyszedł. Ponoć ma w zwyczaju tak się spóźniać. Pal licho mnie. Gorzej miała dziewczyna, która przez bardzo dużą gorączkę ledwo mogła usiedzieć w poczekalni.

Po chwili wyjaśnień przepisali nas do innej lekarki. Udaliśmy się pod pokój. Nie myśląc zapukałem, otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Pani doktor ogólnie wydawała się bardzo niemiła. Moja wina, że naruszyłem jej czas pracy. Na początku totalnie mnie zlała, więc kilka minut siedziałem i patrzyłem jak przekłada swoje papiery. A potem? Potem nic ciekawego się nie dowiedziałem. Nawet recepty już nie chciałem.

Suma sumarum czegoś mnie to nauczyło. Nie. Właściwie niczego nowego się nie nauczyłem. Przychodnia powinna być miejscem, gdzie okazywana jest ci pomoc, a nie gdzie traktuje się ciebie jak w jakimś państwowym urzędzie pracy.

Komentarze