Ostatnie dni klubu

Granatowy samochód mknął przed siebie płynnie pokonując kolejne zakręty. Wystawiwszy pysk za okno pies delektował się pędem powietrza, który przypominał mu młode lata, kiedy częstokroć ganiał za piłką.
Szczęście nie trwało jednak długo. Pan zredukował zawrotne 20km/h, zahamował, po czym wciskając się tyłem pomiędzy inne samochody zaparkował…

I nastał dzień zamknięcia klubu. Kawał wspomnień. Przez te wszystkie lata bywało różnie. Na początku fascynacja, potem małe zgrzyty, a na końcu jak w starym małżeństwie – człowiek nauczył się przymykać oczy na małe niedociągnięcia. I wtedy właśnie nastała era przyjemnego treningu. Można mówić różne rzeczy, ale klub był spoko. Z chęcią bym zamieścił tutaj zdjęcie swojej karty. Widniał na niej jeden z pierwszych numerów, a może i pierwszy – ciężko określić.

Przez te wszystkie lata widziałem jak ludzie przychodzą i odchodzą. Zmieniali się trenerzy, managerowie, zmieniał się sprzęt i wystrój klubu. Ja też się zmieniłem – chociaż nie za bardzo. To zasługa eliksiru na długowieczność. Trochę goździków, plasterki pomarańczy, grzane wytrawne wino – i czas przestaje mieć znaczenie – przynajmniej na najbliższą godzinę.

No ale jak to w życiu bywa – przychodzi dzień pożegnania. W sumie do końca nie wiadomo o co poszło. Czy to za duży czynsz, który pobliskie centrum lubi zmieniać jak rękawiczki. A może powolne opuszczanie naszego kraju przez tą „fit-korporację”. Dostaliśmy maila napisanego prawniczym tonem i tyle.

Kiedyś na kursie trenerskim prezes polskiego Fitnesu powiedział nam, że w naszym kraju mamy bardzo dobrych pracowników, ale też bardzo nędzną kadrę zarządzającą. W dzisiejszych czasach mimo coraz większej ilości startupów na siłę próbujących udoskonalić nasze życie, coraz bardziej brakuje w nas zwykłego człowieczeństwa. Nawet w klubach „fit”

Komentarze