Super pies tu de reskiu

Park Szczęśliwicki. Godzina 19:30.

Czworo przyjaciół odbija spokojnie piłkę do siatkówki. Jedno odbicie, kolejne odbicie. To fajna sprawa tak grać z przyjaciółmi.
Kolejne wybicie okazuje się nieudane. Piłka zaczyna toczyć się po skośnym terenie i wpada z prędkością do jeziora.
Przyjaciele podbiegają do brzegu, starają się ją uratować, jednak jest już za późno, by ją wyłowić.

Wymyślają sposób na odzyskanie swojej piłki. Przywiązują butelkę to znalezionego nieopodal sznurka. Rzucając swoim wynalazkiem w oddalającą się piłkę, próbują ją wyłowić.
Niestety.
Kolejne próby nie przynoszą pożądanego rezultatu. Właściwie piłka wydaje się stracona.
Zmartwieni stoją na brzegu patrząc jak piłka z sekundy na sekundę odpływa w sobie tylko znanym kierunku. Szkoda. Wielka szkoda.

Nagle kilkanaście metrów od nich mały piesek wyskakuje w powietrze, przelatuje kilka metrów, a następnie równie sprawnie wpada do wody.
Szybko obejmuje kierunek oddalającej się piłki. Podpływa i holuje okrągły obiekt do brzegu. Zaskoczenie i radość pojawia się na buziach przyjaciół.
Ich piłka została wyłowiona.

W oddali na brzegu z założonymi rękoma na piersi stoi uśmiechnięty jegomość. Przyjaciołom przez chwilę zdaje się, że wyglądem nieco przypomina kartofla. Nie – niemożliwe. To chyba gorąc sprawia im figla.
Piesek radośnie podbiega do tajemniczej postaci, po czym razem się oddalają.

Dziarski wujaszek

Obiecałem. Co więc mogłem zrobić? Musiałem pojechać, chociaż nie było mi to w smak.
Jazda kilka godzin w zatłoczonym pociągu nie jest miła. Ta sama jazda z psem na kolanach zabiera nam dodatkowe kilka punktów do statystyki „przyjemność”.
Kiedy jednak obiecujesz swoim siostrzeńcom, że przyjedziesz, wtedy żadne statystyki nie nie mają znaczenia.

Po zeszło tygodniowej przygodzie z PKP, postanowiłem skorzystać z PKS. Cena o niebo niższa, jazda równie średnia co w przypadku wagonów.
No cóż – o rzeczach nieprzyjemnych pisać mi się nie chcę, skoncentruję się więc na późniejszej akcji. A ta – była bardzo przyjemna.
Zdobyłem kilkoro nowych przyjaciół i – siostrzeńców.

To jest tak. Żyjesz sobie codziennością. Czasami przeleci samolot, czasami w twojej okolicy coś się wydarzy. Ogólnie jednak dni są całkiem do siebie podobne. Wystarczy jednak by pojawił się oczekiwany wujek, i wtedy zaczyna się jakaś odmienność. Nie jest to coś, bo wywraca świat do góry nogami, ale mimo wszystko jest inne. Coś się dzieje.
Wujek wychodzi z tobą na dwór, organizuje grę w piłkę nożną. Znajomi się zbiegają i zaczyna się wspaniały mecz „argentina – niemćy”. Nie ważne, że mało kto z was potrafi grać. Kopanina, bieganie za piłką. Ale przede wszystkim – super zabawa. Po meczu wujek zabiera wszystkich na lody i napoje. Rozumiesz – typowo męskie spotkanie, mimo to, że mało kto z was ukończył 10 lat.
Potem idziecie z wujkiem na staw. Możecie tam chodzić codziennie, jednak tym razem idziecie z wujkiem. Skaczecie do wody, wujek was wyrzuca w powietrze, jest inaczej.

Nawet twoi znajomi wołają do niego wujku. Bo to wujek dla wszystkich. Taki… całkiem fajny gość.

Może to moja „dziecinność”? Ja po prostu lubię spędzać czas z dziećmi. Pograć z nimi w piłkę, pouczyć nowych rzeczy. Sprawić, by fajnie spędzały czas. Po prostu sam się przy tym dobrze bawię.
Mimo, że z roku na rok do koszyczka z napisem „wiek” przybywa lat, nie uważam się za starego dziada. Może właśnie dzięki tej dziecinności mam takie dobre podejście do dzieciaków?

Hmm. Jestem po prostu dobrym wujaszkiem. I tyle.

Tunel

Warszawa roku 2010. Godzina 1:15. Przejście koło Dworca Zachodniego.
Zmęczony wchodzę do długiego kamiennego tunelu. Momentalnie rześki ciepły wieczór zmienia się w dziwną lepką aurę. Może jest to spowodowane długością tego tunelu? – tłumaczę sobie w myślach. A może to setki dusz krążące teraz w okół mnie…
Nie wiem. To nie ja byłem temu winny. To nie ja…

I wtedy napływa do mnie nostalgia.

Warszawa. Przeszłość. Przejście koło Dworca Zachodniego.
Stojący w około wejścia do tunelu ubrani w szare mundury żołnierze karzą nam wejść do środka. Setki ludzi wchodzi kolejno do ciemnego pomieszczenia.
Drzwi w końcu zostają zamknięte.
W okół słychać odgłosy przerażenia. Dzieci płaczą.
– Tatusiu co się teraz stanie?
– Nic się nie bój. Odruchowo mocniej przytulam do siebie małą Anię.
Napływają mnie dziwne myśli niemocy. Możesz kogoś kochać najbardziej na świecie. I co to daje w takim momencie? Zaraz nie będzie to miało znaczenia. Kolejne wielkie miłości przestaną istnieć. Kolejne myśli zostaną zapomniane.
– Nic się nie bój.
Ludzie nerwowo się zachowują. Niektórzy wyraźnie panikują. Coraz bardziej brakuje tlenu.
– Tatusiu – boję się.
– Nie bój się. Jestem przy tobie.
Nagle w jednym z rogów olbrzymiej kamiennej sali widać poruszenie. Wielkie ścienne turbiny zaczynają z wolna pracować.
– Co się dzieje tatusiu?
– Nic się nie bój kochanie. Wszystko będzie dobrze.
Wiem, że to kłamstwo. Przytulam córeczkę do siebie.
Słychać coraz większą panikę wśród ludzi.

…Zaraz wszystko się skończy. Ludzkie życie. Pragnienia, uczucia, nadzieje. Wszystko to nie ma teraz najmniejszego znaczenia. Mogę walczyć. Uderzać gołymi rękoma w ścianę. Próbować uciec. Wiem, że nie mam żadnej szansy. Nadzieje? Nadzieja to piękna sprawa… Za chwilę nie będzie miała najmniejszego znaczenia.
Walcz. Walcz ile możesz. Wiesz, że nie przeżyjesz. Nie masz szans.
Może wstrzymam oddech? Może uda mi się jakoś z tego wykaraskać? Może uda mi się obronić tych co kocham?
Część ludzi zasypia.
Patrzę na swoją małą córeczkę. Tatusiu tak bardzo cię kocham. Mała dziewczynka zasypia w moich ramionach.
Pojedyncza łza spływa po moim policzku.

Wdech, wydech. Pik, pik, pik. Serce uderza coraz nieśmielej. Wszystko zaczyna tracić na znaczeniu. I tak nie mieliśmy szans.
Myśli kłębią się w głowie. Próbują walczyć. Boże… Gdzie jesteś, gdy tak bardzo cię potrzebujemy? Czy tak ma wyglądać ta sprawiedliwość wszechświata? Czemu na to pozwalasz?

Coraz gorzej widzę. Świat staje się coraz bardziej rozmazany. Wdech, wydech. Myśli z wola zaprzestają swojej walki.
Wciąż obejmując martwą córkę zasypiam.

Warszawa roku 2010. Godzina 1:15. Przejście koło Dworca Zachodniego.
Pojedyncza łza spływa po moim policzku. To właśnie tutaj zostało zagazowanych 200 tysięcy Polaków.

Czemu my ludzie robimy sobie takie rzeczy?

Czemu na to pozwalamy?…

Wieczorne bzykanie

Środa. Trening na świeżym powietrzu został zakończony. Super Samson skończył trening skoków do wody na klatę. Z zadowoleniem witaliśmy wieczór. Wieczór, który wcale nie musiał być nudny.
Postanowiłem udać się do agentki XXXNikt.

Sam na sam z byłą dziewczyną. Ona samotna, ja samotny. Nastrojowa atmosfera. Piękny wieczór, spokojna muzyczka grająca w tle, puste łóżko zapraszające do sprawdzenia jego sprężystości. Cała ta sytuacja miała tylko jedno przesłanie. Przestań myśleć i zacznij działać.

Ponoć… niektórzy mówią, że po dobrym bzykaniu człowiek czuje się zmęczony. Jeżeli zmęczenie jest wyznacznikiem dobrego „numerku”, to ja wczoraj musiałem rżnąć aż leciały wióry.

Po wypiciu zielonej herbaty, spokojnej rozmowie, zacząłem z wolna się zbierać do domu. Wtedy to właśnie zaczął się moje życiowe bzykanie. Okazało się, że ostatni autobus już odjechał. Powtórka z przeszłości? Czemu nie. W sumie wieczorny spacer w tak ciepłą noc jest bardzo przyjemną sprawą. Udałem się więc do domu na piechotę.
Trzydzieści minut i kilkanaście sekund dalej wsadzałem klucz do zamku drzwi swojego mieszkania. I wtedy zdałem sobie sprawę, że czegoś mi brakuje. Tak jakby dotąd nieuchwytna myśl dała się złapać. Klucz. Kurde – gdzie ja mam klucz? Pusta ręka sięgająca w stronę dziurki od klucza zupełnie zgłupiała…
To co? Replay? A masz inne wyjście? Dwadzieścia minut biegu i znowu byłem u boku agentki XXXNikt.
No dobrze. Co to dla super bohatera. Prawda? Kiedyś nieraz z buta robiłem o wiele większe dystanse. Może to i prawda. Ale raczej nie były to spacery o 1 w nocy.
Po 2 w nocy wreszcie wróciłem do domu. Nocne wyjście z szamą, nadrobienie kalorii i właściwie moje energetyczny bak został w pełni opróżniony.

Bzykanie. Można to robić na różne sposoby. Można bzykać się z drugim człowiekiem. Można bzykać tak jak pszczółki.  Można też bzykać jak niektórzy super bohaterowie –  po mieście uśpionym w objęciach nocy.
Do wyboru – do koloru.

Aneta

Anetka skarpetka. Ale nie dziś.
Dawno już nie jeździłem po ludzkich osobach w moim blogu.  Nagminnie realizowana w przeszłości czynność sprawiła zbyt dużo przykrości opisywanym osobom, bym z chęcią do niej wracał.
Ci z was, którzy śledzą moje wpisy, z pewnością zauważyli zmiany jakie następowały w czasie prowadzenia tego – już n-tego bloga.
Kiedyś bardzo emocjonalne teksty, z czasem zamieniły się w suche teksty, aż w końcu przejść w krótkie jak na moje gadanie wypowiedzi.
I tak zostało.
Dzisiaj wrócę do korzeni i stanę się lustrem pewnej osoby. Anetka, skarpetka.

Błyskawica

Pan Marian wyszedł na balkon. Jak każdego wieczora, wyjął z przedniej kieszeni skrupulatnie chowanego przed żoną papierosa. Wreszcie będzie mógł zapalić i odciąć się od otaczającego go zgiełku. Zapalniczka zdawała się buntować, jednak za kolejną namową ustąpiła.
Wiedział, że za chwilę nastanie długo wyczekiwana chwila relaksu…

Kolejne spokojne zaciągnięcia przynosiły ukojenie.
Wieczór był spokojny. Samochody nie trąbiły, podwórkowe kocury nie śpiewały swych miłosnych serenad, a cała reszta miasta zdawała się spać w cichym letargu.
Uwielbiał te chwile. Pierwsze gwiazdy zaczynały do niego mrugać.
Piękny wieczór – pomyślał w myślach.
Kolejne pociągnięcie, chwila refleksji i powolne delektowanie się wciągniętym oparem.

Nagle cały budynek zaczął się lekko trząść. Marian odruchowo złapał się balkonowej barierki. Lekkie wibracje nie ustawały.
W oddali słychać było dziwny dźwięk. Olbrzymi huk – jakby sam Bóg zbliżał się w jego kierunku – zdawał się być z sekundy na sekundę głośniejszy.
Szyby w oknach ledwo utrzymały się w ramach, gdy jakiś dziwny obiekt śmignął wzdłuż ulicy.
Fala uderzeniowa wrzuciła Mariana z powrotem do mieszkania, równocześnie pozbawiając go jego ulubionej ciszy spokoju.

Kilkaset metrów dalej ponury Fantomas stał na krawędzi wysokiego budynku. Uważnie obserwował błyskawicznie poruszający się obiekt.
Nagle dziwny obiekt zawrócił i zaczął z niewyobrażalną szybkością podążać w kierunku super bohatera. Wyglądało to jakby błyskawica chciała zatańczyć z super bohaterem. Właściwie … błyskawica musiała by się nieco podszkolić by owemu obiektowi dorównać.

Nagle Fantomas się odezwał.
– Mówiłem ci Samsonie, żebyś nie biegał z taką szybkością. Jeszcze ludziom szyby w oknach powybijasz. Zresztą ludzie chcą już spać!
Mały piesek zamerdał ogonkiem, po czym rzucił pod nogi Fantomasa obślinioną pomarańczową piłkę.
– No dobrze. Ale to ostatni raz.

Super bohater się zamachnął
– Aport piesku!
Piłka poszybowała na drugi kraniec dzielnicy.

…Pan Marian tego wieczora więcej nie zasnął…