Tunel

Warszawa roku 2010. Godzina 1:15. Przejście koło Dworca Zachodniego.
Zmęczony wchodzę do długiego kamiennego tunelu. Momentalnie rześki ciepły wieczór zmienia się w dziwną lepką aurę. Może jest to spowodowane długością tego tunelu? – tłumaczę sobie w myślach. A może to setki dusz krążące teraz w okół mnie…
Nie wiem. To nie ja byłem temu winny. To nie ja…

I wtedy napływa do mnie nostalgia.

Warszawa. Przeszłość. Przejście koło Dworca Zachodniego.
Stojący w około wejścia do tunelu ubrani w szare mundury żołnierze karzą nam wejść do środka. Setki ludzi wchodzi kolejno do ciemnego pomieszczenia.
Drzwi w końcu zostają zamknięte.
W okół słychać odgłosy przerażenia. Dzieci płaczą.
– Tatusiu co się teraz stanie?
– Nic się nie bój. Odruchowo mocniej przytulam do siebie małą Anię.
Napływają mnie dziwne myśli niemocy. Możesz kogoś kochać najbardziej na świecie. I co to daje w takim momencie? Zaraz nie będzie to miało znaczenia. Kolejne wielkie miłości przestaną istnieć. Kolejne myśli zostaną zapomniane.
– Nic się nie bój.
Ludzie nerwowo się zachowują. Niektórzy wyraźnie panikują. Coraz bardziej brakuje tlenu.
– Tatusiu – boję się.
– Nie bój się. Jestem przy tobie.
Nagle w jednym z rogów olbrzymiej kamiennej sali widać poruszenie. Wielkie ścienne turbiny zaczynają z wolna pracować.
– Co się dzieje tatusiu?
– Nic się nie bój kochanie. Wszystko będzie dobrze.
Wiem, że to kłamstwo. Przytulam córeczkę do siebie.
Słychać coraz większą panikę wśród ludzi.

…Zaraz wszystko się skończy. Ludzkie życie. Pragnienia, uczucia, nadzieje. Wszystko to nie ma teraz najmniejszego znaczenia. Mogę walczyć. Uderzać gołymi rękoma w ścianę. Próbować uciec. Wiem, że nie mam żadnej szansy. Nadzieje? Nadzieja to piękna sprawa… Za chwilę nie będzie miała najmniejszego znaczenia.
Walcz. Walcz ile możesz. Wiesz, że nie przeżyjesz. Nie masz szans.
Może wstrzymam oddech? Może uda mi się jakoś z tego wykaraskać? Może uda mi się obronić tych co kocham?
Część ludzi zasypia.
Patrzę na swoją małą córeczkę. Tatusiu tak bardzo cię kocham. Mała dziewczynka zasypia w moich ramionach.
Pojedyncza łza spływa po moim policzku.

Wdech, wydech. Pik, pik, pik. Serce uderza coraz nieśmielej. Wszystko zaczyna tracić na znaczeniu. I tak nie mieliśmy szans.
Myśli kłębią się w głowie. Próbują walczyć. Boże… Gdzie jesteś, gdy tak bardzo cię potrzebujemy? Czy tak ma wyglądać ta sprawiedliwość wszechświata? Czemu na to pozwalasz?

Coraz gorzej widzę. Świat staje się coraz bardziej rozmazany. Wdech, wydech. Myśli z wola zaprzestają swojej walki.
Wciąż obejmując martwą córkę zasypiam.

Warszawa roku 2010. Godzina 1:15. Przejście koło Dworca Zachodniego.
Pojedyncza łza spływa po moim policzku. To właśnie tutaj zostało zagazowanych 200 tysięcy Polaków.

Czemu my ludzie robimy sobie takie rzeczy?

Czemu na to pozwalamy?…

Wieczorne bzykanie

Środa. Trening na świeżym powietrzu został zakończony. Super Samson skończył trening skoków do wody na klatę. Z zadowoleniem witaliśmy wieczór. Wieczór, który wcale nie musiał być nudny.
Postanowiłem udać się do agentki XXXNikt.

Sam na sam z byłą dziewczyną. Ona samotna, ja samotny. Nastrojowa atmosfera. Piękny wieczór, spokojna muzyczka grająca w tle, puste łóżko zapraszające do sprawdzenia jego sprężystości. Cała ta sytuacja miała tylko jedno przesłanie. Przestań myśleć i zacznij działać.

Ponoć… niektórzy mówią, że po dobrym bzykaniu człowiek czuje się zmęczony. Jeżeli zmęczenie jest wyznacznikiem dobrego „numerku”, to ja wczoraj musiałem rżnąć aż leciały wióry.

Po wypiciu zielonej herbaty, spokojnej rozmowie, zacząłem z wolna się zbierać do domu. Wtedy to właśnie zaczął się moje życiowe bzykanie. Okazało się, że ostatni autobus już odjechał. Powtórka z przeszłości? Czemu nie. W sumie wieczorny spacer w tak ciepłą noc jest bardzo przyjemną sprawą. Udałem się więc do domu na piechotę.
Trzydzieści minut i kilkanaście sekund dalej wsadzałem klucz do zamku drzwi swojego mieszkania. I wtedy zdałem sobie sprawę, że czegoś mi brakuje. Tak jakby dotąd nieuchwytna myśl dała się złapać. Klucz. Kurde – gdzie ja mam klucz? Pusta ręka sięgająca w stronę dziurki od klucza zupełnie zgłupiała…
To co? Replay? A masz inne wyjście? Dwadzieścia minut biegu i znowu byłem u boku agentki XXXNikt.
No dobrze. Co to dla super bohatera. Prawda? Kiedyś nieraz z buta robiłem o wiele większe dystanse. Może to i prawda. Ale raczej nie były to spacery o 1 w nocy.
Po 2 w nocy wreszcie wróciłem do domu. Nocne wyjście z szamą, nadrobienie kalorii i właściwie moje energetyczny bak został w pełni opróżniony.

Bzykanie. Można to robić na różne sposoby. Można bzykać się z drugim człowiekiem. Można bzykać tak jak pszczółki.  Można też bzykać jak niektórzy super bohaterowie –  po mieście uśpionym w objęciach nocy.
Do wyboru – do koloru.

Aneta

Anetka skarpetka. Ale nie dziś.
Dawno już nie jeździłem po ludzkich osobach w moim blogu.  Nagminnie realizowana w przeszłości czynność sprawiła zbyt dużo przykrości opisywanym osobom, bym z chęcią do niej wracał.
Ci z was, którzy śledzą moje wpisy, z pewnością zauważyli zmiany jakie następowały w czasie prowadzenia tego – już n-tego bloga.
Kiedyś bardzo emocjonalne teksty, z czasem zamieniły się w suche teksty, aż w końcu przejść w krótkie jak na moje gadanie wypowiedzi.
I tak zostało.
Dzisiaj wrócę do korzeni i stanę się lustrem pewnej osoby. Anetka, skarpetka.

Błyskawica

Pan Marian wyszedł na balkon. Jak każdego wieczora, wyjął z przedniej kieszeni skrupulatnie chowanego przed żoną papierosa. Wreszcie będzie mógł zapalić i odciąć się od otaczającego go zgiełku. Zapalniczka zdawała się buntować, jednak za kolejną namową ustąpiła.
Wiedział, że za chwilę nastanie długo wyczekiwana chwila relaksu…

Kolejne spokojne zaciągnięcia przynosiły ukojenie.
Wieczór był spokojny. Samochody nie trąbiły, podwórkowe kocury nie śpiewały swych miłosnych serenad, a cała reszta miasta zdawała się spać w cichym letargu.
Uwielbiał te chwile. Pierwsze gwiazdy zaczynały do niego mrugać.
Piękny wieczór – pomyślał w myślach.
Kolejne pociągnięcie, chwila refleksji i powolne delektowanie się wciągniętym oparem.

Nagle cały budynek zaczął się lekko trząść. Marian odruchowo złapał się balkonowej barierki. Lekkie wibracje nie ustawały.
W oddali słychać było dziwny dźwięk. Olbrzymi huk – jakby sam Bóg zbliżał się w jego kierunku – zdawał się być z sekundy na sekundę głośniejszy.
Szyby w oknach ledwo utrzymały się w ramach, gdy jakiś dziwny obiekt śmignął wzdłuż ulicy.
Fala uderzeniowa wrzuciła Mariana z powrotem do mieszkania, równocześnie pozbawiając go jego ulubionej ciszy spokoju.

Kilkaset metrów dalej ponury Fantomas stał na krawędzi wysokiego budynku. Uważnie obserwował błyskawicznie poruszający się obiekt.
Nagle dziwny obiekt zawrócił i zaczął z niewyobrażalną szybkością podążać w kierunku super bohatera. Wyglądało to jakby błyskawica chciała zatańczyć z super bohaterem. Właściwie … błyskawica musiała by się nieco podszkolić by owemu obiektowi dorównać.

Nagle Fantomas się odezwał.
– Mówiłem ci Samsonie, żebyś nie biegał z taką szybkością. Jeszcze ludziom szyby w oknach powybijasz. Zresztą ludzie chcą już spać!
Mały piesek zamerdał ogonkiem, po czym rzucił pod nogi Fantomasa obślinioną pomarańczową piłkę.
– No dobrze. Ale to ostatni raz.

Super bohater się zamachnął
– Aport piesku!
Piłka poszybowała na drugi kraniec dzielnicy.

…Pan Marian tego wieczora więcej nie zasnął…

4 sekundy

Sekunda pierwsza.
Za chwilę zderzę się z nadjeżdżającym samochodem. Dziwne to uczucie. W głowie szaleje sztorm myśli. Wszystko i nic przepływa przeze mnie. Nie mam odwrotu. To tak, jakbym poddawał się losowi. Wszystko jest sprawiedliwe. Tak właśnie miało być.
Już za chwilę może mnie nie będzie?. Za moment całe moje życie, marzenia, przeżycia, pragnienia – wszystko to może nie mieć znaczenia.
Nie buntuję się. Tak ma być.

Sekunda druga.
Zderzenie. Nie boli. To raczej ciekawe doznanie. Może to wszystko dzieje się za szybko? A może po prostu zgadzam się z tym? Teraz los kieruje moim istnieniem. Ufam mu.

Sekunda trzecia.
Wylatuję w powietrze. Cały świat staje w miejscu. Przechodzący obok ludzie zatrzymują się w kamiennych pozach. Samochody przestają trąbić, otaczający cię gwar zamiera. Świat stygnie w nieruchomej pozie. Nastaje spokój.

Sekunda czwarta.
Powrót do rzeczywistości. Siłą zostaję wbity w ulicę. Krążąca w żyłach adrenalina sprawia, że ból nie ma dla mnie znaczenia. Wstaję. Spoglądam na rower. Pierwsze myśli docierają do mnie. Oho – koło zostało powyginane. Będę musiał nieść rower do domu…

– Nic się panu nie stało? jakaś kobieta coś do mnie mówi.
– Nie. Odruchowo odpowiadam wciąż spoglądając na powyginane koło.
– Ale jest pan ranny.
– Nic mi nie jest. Naprawdę.
– Może wezwać karetkę? Jest pan w szoku.
– Nie. Nic mi nie jest. Ja muszę już iść.
Podziękowałem kierowcy za pomoc i się pożegnałem. Przykładając ręcznik do krwawiącego czoła, wracam do domu.

Po kilku minutach pojawiają się pierwsze myśli.
– A więc tak to wszystko wygląda?
– Gdyby ten samochód jechał nieco szybciej pewnie by cię tutaj nie było.
– No tak – ale nie jechał. To znaczy, że nie dane mi było dzisiaj odejść.
– Tak. To całkiem ciekawe doznanie.

Godzinę później moje życie wraca do normalności. Poobcierane ręce, poobijana głowa będą się goić jeszcze przez jakiś czas. To nic. Nic się nie stało.

Gdy opowiadam ludziom o tym zdarzeniu, w większości się pytają, czemu nie przycisnąłem tego gościa? Czemu nie wezwałem policji i nie kazałem mu płacić odszkodowania?
Nie. Ja tak nie chcę. Takie rzeczy jak ten wypadek się zdarzają. Dlatego to się nazywa wypadkiem.
Mógł bym go ciągać po sądach, wykazać się zawziętością. Ale ja tak nie chcę.
Nasz świat i tak się wali. To nie tylko wina złych rządów. To też wina nas samych.
Aby zmieniać ten świat na lepsze, powinniśmy zacząć od nas samych.
Czasami warto zacząć od rzeczy najmniejszych. Od życzliwości.

Czasami po prostu nie warto szkodzić na siłę innym. Lepiej się uśmiechnąć i cieszyć się z tego co nas spotkało. Bo cóż lepszego mogło mnie spotkać niż to, że przeżyłem…

Żałoba

Jakoś tak smutno mi się ostatnio zrobiło.
– Masz prawo byś smutny – w końcu zginęło sporo ludzi z głową państwa na czele.
Nie – nie dlatego jestem smutny.
Mój smutek rodzi się z sztuczności ludzi.
Czy płaczę, bo stała się ta tragedia? Nie. Zginęło dużo ludzi. To smutne. I tyle. Nie znałem ich. Nigdy się z nimi nie utożsamiałem. Byli dla mnie zwykłymi ludźmi – takimi samymi jak górnicy, którzy kilkanaście miesięcy temu zginęli w kopalni.
…Żałuję jednak, że w ciągu swojego życia jestem zmuszony po raz kolejny oglądać taką szopkę. Wczesnym rankiem tragicznego dnia założyłem się z kumplem, że na dniach w necie wykwitnie setki świeczek w opisach GG, czy pseudo artykułów wychwalających po niebiosa ludzi, którzy zginęli w tragedii. Ludzi, którzy jeszcze niedawno byli wyśmiewani bo niechcący przekręcali nazwiska czy wyzywali reporterki.
Zakład wygrałem, chociaż nie jest to powód ani do zadowolenia ani do chełpienia się nim.

Nie cierpię przesadnych laurek, po śmierci znanych ludzi. Tym razem jest inaczej. Zmarłemu tragicznie prezydentowi należą się przeprosiny i przywrócenie dobrego, tak zafałszowanego przez media wizerunku. Polskie media wytworzyły wokół prezydenta niezdrową atmosferę. To ona podsycała tą presję, pod wpływem której próbowano lądować. W innym państwie, gdzie funkcjonują obiektywne media, prezydent nie bałby się spóźnić, gdyż miałby pewność, że społeczeństwu zostanie przekazana OBIEKTYWNA informacja. Bez chichotów i drwin z lekceważenia przez niego historii, ale z podaniem przyczyny spóźnienia na pierwszym miejscu! Największą hipokryzją był fakt, że to właśnie PiS-owi wszyscy zarzucali upolitycznianie mediów. A teraz? Media milczą, o tym skąd ta presja, by mimo wszystko lądować. Cieszę się z jednego. Tak jak w przypadku PRL, prawda i tak zwyciężyła.

A propo: Mój żal jest żalszy niż wasz! Mój żal jest najżalszy! I tyle na temat.


http://www.boston.com/bigpicture/2010/04/poland_in_mourning.html