4 sekundy

Sekunda pierwsza.
Za chwilę zderzę się z nadjeżdżającym samochodem. Dziwne to uczucie. W głowie szaleje sztorm myśli. Wszystko i nic przepływa przeze mnie. Nie mam odwrotu. To tak, jakbym poddawał się losowi. Wszystko jest sprawiedliwe. Tak właśnie miało być.
Już za chwilę może mnie nie będzie?. Za moment całe moje życie, marzenia, przeżycia, pragnienia – wszystko to może nie mieć znaczenia.
Nie buntuję się. Tak ma być.

Sekunda druga.
Zderzenie. Nie boli. To raczej ciekawe doznanie. Może to wszystko dzieje się za szybko? A może po prostu zgadzam się z tym? Teraz los kieruje moim istnieniem. Ufam mu.

Sekunda trzecia.
Wylatuję w powietrze. Cały świat staje w miejscu. Przechodzący obok ludzie zatrzymują się w kamiennych pozach. Samochody przestają trąbić, otaczający cię gwar zamiera. Świat stygnie w nieruchomej pozie. Nastaje spokój.

Sekunda czwarta.
Powrót do rzeczywistości. Siłą zostaję wbity w ulicę. Krążąca w żyłach adrenalina sprawia, że ból nie ma dla mnie znaczenia. Wstaję. Spoglądam na rower. Pierwsze myśli docierają do mnie. Oho – koło zostało powyginane. Będę musiał nieść rower do domu…

– Nic się panu nie stało? jakaś kobieta coś do mnie mówi.
– Nie. Odruchowo odpowiadam wciąż spoglądając na powyginane koło.
– Ale jest pan ranny.
– Nic mi nie jest. Naprawdę.
– Może wezwać karetkę? Jest pan w szoku.
– Nie. Nic mi nie jest. Ja muszę już iść.
Podziękowałem kierowcy za pomoc i się pożegnałem. Przykładając ręcznik do krwawiącego czoła, wracam do domu.

Po kilku minutach pojawiają się pierwsze myśli.
– A więc tak to wszystko wygląda?
– Gdyby ten samochód jechał nieco szybciej pewnie by cię tutaj nie było.
– No tak – ale nie jechał. To znaczy, że nie dane mi było dzisiaj odejść.
– Tak. To całkiem ciekawe doznanie.

Godzinę później moje życie wraca do normalności. Poobcierane ręce, poobijana głowa będą się goić jeszcze przez jakiś czas. To nic. Nic się nie stało.

Gdy opowiadam ludziom o tym zdarzeniu, w większości się pytają, czemu nie przycisnąłem tego gościa? Czemu nie wezwałem policji i nie kazałem mu płacić odszkodowania?
Nie. Ja tak nie chcę. Takie rzeczy jak ten wypadek się zdarzają. Dlatego to się nazywa wypadkiem.
Mógł bym go ciągać po sądach, wykazać się zawziętością. Ale ja tak nie chcę.
Nasz świat i tak się wali. To nie tylko wina złych rządów. To też wina nas samych.
Aby zmieniać ten świat na lepsze, powinniśmy zacząć od nas samych.
Czasami warto zacząć od rzeczy najmniejszych. Od życzliwości.

Czasami po prostu nie warto szkodzić na siłę innym. Lepiej się uśmiechnąć i cieszyć się z tego co nas spotkało. Bo cóż lepszego mogło mnie spotkać niż to, że przeżyłem…

Żałoba

Jakoś tak smutno mi się ostatnio zrobiło.
– Masz prawo byś smutny – w końcu zginęło sporo ludzi z głową państwa na czele.
Nie – nie dlatego jestem smutny.
Mój smutek rodzi się z sztuczności ludzi.
Czy płaczę, bo stała się ta tragedia? Nie. Zginęło dużo ludzi. To smutne. I tyle. Nie znałem ich. Nigdy się z nimi nie utożsamiałem. Byli dla mnie zwykłymi ludźmi – takimi samymi jak górnicy, którzy kilkanaście miesięcy temu zginęli w kopalni.
…Żałuję jednak, że w ciągu swojego życia jestem zmuszony po raz kolejny oglądać taką szopkę. Wczesnym rankiem tragicznego dnia założyłem się z kumplem, że na dniach w necie wykwitnie setki świeczek w opisach GG, czy pseudo artykułów wychwalających po niebiosa ludzi, którzy zginęli w tragedii. Ludzi, którzy jeszcze niedawno byli wyśmiewani bo niechcący przekręcali nazwiska czy wyzywali reporterki.
Zakład wygrałem, chociaż nie jest to powód ani do zadowolenia ani do chełpienia się nim.

Nie cierpię przesadnych laurek, po śmierci znanych ludzi. Tym razem jest inaczej. Zmarłemu tragicznie prezydentowi należą się przeprosiny i przywrócenie dobrego, tak zafałszowanego przez media wizerunku. Polskie media wytworzyły wokół prezydenta niezdrową atmosferę. To ona podsycała tą presję, pod wpływem której próbowano lądować. W innym państwie, gdzie funkcjonują obiektywne media, prezydent nie bałby się spóźnić, gdyż miałby pewność, że społeczeństwu zostanie przekazana OBIEKTYWNA informacja. Bez chichotów i drwin z lekceważenia przez niego historii, ale z podaniem przyczyny spóźnienia na pierwszym miejscu! Największą hipokryzją był fakt, że to właśnie PiS-owi wszyscy zarzucali upolitycznianie mediów. A teraz? Media milczą, o tym skąd ta presja, by mimo wszystko lądować. Cieszę się z jednego. Tak jak w przypadku PRL, prawda i tak zwyciężyła.

A propo: Mój żal jest żalszy niż wasz! Mój żal jest najżalszy! I tyle na temat.


http://www.boston.com/bigpicture/2010/04/poland_in_mourning.html

Fantomas wkracza do akcji

Godzina 22:20. Siedziba Fantomasa
Nerwowo migając mała czerwona lampka na konsoli sygnalizowała stan gotowości bojowej.
Zamyślony Fantomas siedział opierając się o blat wielkiego pulpitu. Słuchał.
Wszystkie monitory pokazywały wspólnie połączony obraz wiadomości.

– Specjalnie dla państwa udałam się w epicentrum ataku. Mówiąc to Lois musiała się zrobić unik przed latającymi w około odłamkami. W tle kilku ludzi w panice starało się opuścić to miejsce.
Kamerzysta skierował obraz na olbrzymia ciemna sylwetkę majestatycznie krocząca nad budynkami.
Nagle rozległ się olbrzymi ryk, jakby wszystkie statki świata chciały oznajmić swoje wpłyniecie do portu. Obraz gwałtownie zadrżał, pojawiły się mocne zakłócenia. Transmisja zanikła.
Siedząca w studiu dziennikarka panicznie przyzywała Lois.
– Wreszcie po chwili dostała informacje – Mamy kolejne połączenie!
– Dysząc kamerzysta biegł za Lois starając się uchwycić jej obraz. Niedaleki wybuch rzucił wrakiem samochodu w wystawę pobliskiego sklepu.

Fantomas uważnie oglądał to co się działo w telewizji. Nagle wstał.
– Samson. Szykuj się.

Godzina 22:50. Dach budynku Metropol Planet.
– Cholera. Straciliśmy kolejny myśliwiec. Detektyw był wyraźnie wkurzony.
W około uwijali się komandosi starając się zorganizować prowizoryczny sztab dowodzenia.
– Ta bestia kosi naszych jakby byli zabawkami.
– Co z naszymi chłopcami na dole?
– Większość jednostek została rozbita. Reszcie rozkazałem się wycofać na bezpieczna odległość. Walimy do niego z wszystkiego co mamy, ale to na nic. Nic na niego nie działa.
– A powietrzna kawaleria?
– Zmiótł ja jednym ciosem.
Detektyw starał się utrzymać na głowie porywany wiatrem kapelusz.
Fantomasie – przybądź wreszcie.

Całej sytuacji przyglądała się stojąca na skraju dachu postać przypominająca owalny cień. Można było mieć wrażenie, ze cały ten panujący w około chaos nie za bardzo chce zaczynać z ta postacią.
– Fantomasie – detektyw wreszcie zobaczył postać bohatera.
Kolejna macka wysunęła się z cielska potwora, rozwalając na swej drodze kilka budynków.
– Jak tak dalej pójdzie, z tego miasta nic nie zostanie!
Nic nie mówiąc Fantomas spojrzał w górę. Krople deszczu spływały po jego twarzy. Milczał.
– W zasadzie w chwili obecnej jesteśmy bezsilni. Z ziemi nic nie jesteśmy w stanie zrobić, a większość powietrznych jednostek została zniszczona.
– Cholera, nawet nie mamy się jak do niego dostać.
– Próbowaliśmy helikopterów. Ale stracił nas zanim byliśmy w polu rażenia.
– Wszystkie jednostki telewizyjne tez zostały odwołane. I tak mamy za dużo strat.
– Ogólnie Fantomasie – wciąż walcząc ze swoim kapeluszem detektyw westchnął – jesteśmy w kropce.

– Mhh. Zostawcie to mnie. Fantomas wreszcie się odezwał.
– Samsonie. Idziesz dołem. Ja pójdę góra.

– Fantomasie! Nie mamy już żadnej jednostki latającej. Detektyw musiał przekrzykiwać panujący w około hałas.
Nie zwracając uwagi na uwijających się ludzi, Samson pobiegł w stronę schodów prowadzących na dól budynku.
Fantomas lekko się uśmiechnął, po czym zrobił krok do przodu rzucając się tym samym z budynku.

Detektyw nie raz był zaskoczony zachowaniem bohatera kartofla. W jego mniemaniu był to wielki dziwak. Ale dobry dziwak. Nie raz ratował ich od opresji. Osobiście nigdy mu nie przeszkadzało, ze skrywał się pod maska.
Wychylając się z za gzymsu spojrzał w dól. Coraz szybciej spadający kartofel wyglądał jakby zaraz miał się roztrzaskać o ziemie.
– No to tyle jeżeli chodzi o Fantomasa. Dobry był z niego chłop. Odezwał się spoglądający w tym samym kierunku młody kadet.

Mknąc w dól Fantomas wydawał się spokojny. Lata treningu sprawiły, że nie odczuwał leku przed błyskawicznie zbliżająca się ziemia. Nagle wyciągnął rękę. W jednej sekundzie chwycił wystającą z budynku belkę.
Metalowa konstrukcja wygięła się, po czym sprężynując oddala pożyczona przed chwila energie. Fantomas na to właśnie liczył.
Wystrzelony jak z procy pomknął w kierunku głowy olbrzymiego potwora.

Fantom wkroczył do akcji.

Trening Fantomasa

Wieczór. Główna komnata zamku Sir Fantomasa.
Staroświecko wyglądające wnętrze zdobi olbrzymi wspaniale wyszywany dywan, przykrywający większą część podłogi. Przy jednej z dużych ścian stoi długi drewniany stół – zapewne tak samo stary jak większość rzeczy w tym zamku.
Wiszący na ścianie staroświecki zegar odmierza leniwie kolejne sekundy, sprawiając, że wraz z palącym się kominkiem panuje tu spokojna atmosfera.
Olbrzymie, zbudowane w typowo barokowym stylu okno wygląda na gwieździste niebo.

Niedaleko schodów prowadzących na górę, super pies prowadzi kolejną walkę z największym przeciwnikiem świata – złowieszczą pluszową maskotką.

Kilkanaście metrów dalej Fantomas zajmuje się swoimi sprawami. Jedną z podstawowych zasad każdego super bohatera (a trzeba wam wiedzieć, że zasada ta zyskuje na znaczeniu w przypadku, gdy super bohater jest dodatkowo bardziej super) jest ciągłe doskonalenie swojej osoby. Jak co wieczór by nie wyjść z formy, Fantomas prowadzi swój trening. Walka na kije z wyimaginowanym przeciwnikiem, techniki karate znane tylko największym mistrzom, salta w powietrzu wykonywane z mistrzowską precyzją, rzuty gwiazdkami shiruken mając zawiązane oczy – wszystko to stanowi chleb powszedni dla super bohatera.  Kartofelek jednak wie, że musi trenować by nie wypaść z formy. Bo gdy po raz kolejny czeluści zła zechcą zapanować nad światem, on dzielnie stawi im czoła. Jest w końcu obrońcą uciśnionych.

Cicha noc panująca na zewnątrz niesie z sobą zapowiedź burzy.
Niedługo potem pojedyncze krople zaczynają spadać z nieba.
– Samson!
Zawsze gotowy super pies siada wyczekując na rozkaz swego pana.
– Chodźmy.

Niedługo potem super Fantomas odpala silniki swego pojazdu.
Ukryte w skale tajemne wrota z wolna się otwierają, ukazując bohaterom miliony światełek leżącego w oddali miasta. Super Fantomas wraz z super psem wkraczają do akcji.

Samson obrońca uciśnionych

Q – Kwatera główna Fantomasa. Godzina 20:29.
Panująca w powietrzu atmosfera sprawia, że miejscowe nietoperze kryją się w najciemniejszych kontach.

Czujny Samson siedzi nasłuchując odgłosów dochodzących z za grubych stalowych drzwi. Wolne, ciche, równomierne stąpanie staje się coraz bardziej wyraziste.
Super pies wie, że to zły znak. Ktoś – prawdopodobnie wróg – zbliża się do tajnej siedziby Super Fantomasa.
Ale psi bohater wie też, że nie może szczekać… To by zdradziło jego pozycję. Nie – lata treningu wpoiły w Samsona instynkty przetrwania. Jak przyczajona czarna puma cichutko siedzi i czeka aż będzie mógł z zaskoczenia zaatakować wroga.

Stąpanie nasila się by w następnej chwili ucichnąć. Mija sekunda za sekundą. Złowroga cisza przecinana jest przytłumionymi odgłosami otoczenia.  Spadająca nieopodal kropla, stąpający kilkanaście metrów dalej mały pajączek. Samson skoncentrowany nasłuchuje.

Nagle olbrzymia siła wyrywa stalowe wrota z framug. W ostatniej chwili Samson uskakuje na bok.
Robiąc dwa fikołki zręcznie ustawia się w kierunku, gdzie przed chwilą znajdowało się wejście do jaskini.

Kórz z wolna opada ukazując olbrzymią zieloną sylwetkę ubraną w niebieskie szorty. Pochylając się, wielkolud wchodzi do środka. Po chwili zauważa super bojowego psa. Wściekle rzuca się w jego kierunku.

Olbrzymia pięść uderza w miejsce, gdzie przed chwilą Samson przyjmował bojową pozycję. Uderzenie jest tak silne, że w miejscu gdzie trafia, ziemia kruszy się jakby była ze szkła. Po całej jaskini roznosi się głośny huk, sprawiając, że kilka pomniejszych stworzonek zaczyna panicznie szukać nowego schronienia. Samson wymija cios, robiąc zwinny unik w bok.

Salto „mortadele”, sławny cios śmierci z czterech łap naraz, zakończone odbiciem się od olbrzymiej klaty przeciwnika. Zaskoczony zręcznością super psa olbrzym pada na plecy.
Samson wie, że musi atakować. Seria ciosów mistrzowsko wyuczonego stylu „psich pazurów”, mordercze uderzenie „krwiożerczej szczęki zagłady”, zakończone uskokiem z potrójnym kołowrotkiem do tyłu. Wróg nie ma szans. Oszołomiony wielkolud traci inicjatywę…

Walka się jednak nie kończy. Jakimś diabelskim cudem zielony kolos wciąż ma siły! Z wolna podnosi się na nogi, po czym wydaje ryk furii.

Samson wie, że nie będzie to łatwa walka.

Z nieziemską wściekłością zielony olbrzym naciera…

…HQ – Kwatera główna Fantomasa. Godzina 20:29.
Siedzący spokojnie w swoim fotelu Fantomas przygląda się swojemu przyjacielowi.
Śpiący na niewielkim dywanie Samson co chwila to powarkuje, to macha łapami.
– Znowu coś ci się śni przyjacielu.
Kolejny łyk ciepłego kakao sprawia, że kartofel mimowolnie zaczyna się lekko uśmiechać. Eh Samsonie. Ty nawet w snach ratujesz świat przed nieprawością.

Po czeluściach jaskini roznosi się kolejne cichutkie warknięcie. To Samson walczy z nieprawością.

Aliens

Pip, pip, pip
Cichy odgłos detektora ruchu przeszywał szum panujący w opuszczonych korytarzach bazy. Wolnym krokiem komandosi poruszali się naprzód.
– Jakie odczyty?
– Pojedynczy obiekt w korytarzu przed nami.
– Mów do mnie Frosty
– Zachować ostrożność panowie.
Detektor ruchu pikał coraz intensywniej, dając znak, że obcy obiekt jest coraz bliżej.

10, 9, 8… wartość licznika odległości wciąż malała.

Nagle tuż przed grupą śmignął obiekt. Błyskawicznie poruszająca się ciemna postać była zbyt szybka dla samo namierzającego się działka niesionego przez jednego z komandosów. Huk chybionego wystrzału rozniósł się po okolicy.

Hick szybko opanował sytuację.
– Ripley! – kobieta wyszła przed grupę i podeszła do miejsca, w którym przed sekundą schroniła się mała postać.
– Spokojnie – nie bój się. Wszystko w porządku.

Nagle detektor ruchu złapał kolejny sygnał. Pik, pik, pik. Rozległ się miarodajny dźwięk urządzenia.
– Uwaga – mamy kolejny ruch.
– Gdzie do cholery?!
– Za nami. Szybko się zbliża.

Wtem po pustych korytarzach rozległ się krzyk.
– Samson! Samson – gdzie jesteś?

Mała brązowa postać wyrwała się Ripley z ramion i pobiegła w kierunku, skąd dobiegał krzyk.
Zobaczywszy wychodzącego z za roku osobnika rzuciła mu się w ramiona.
– No piesku – jeszcze się kiedyś naprawdę zgubisz.

Ubrana w dziwny fioletowy strój postać spostrzegła zdziwioną grupę komandosów.
– Ah – strasznie przepraszam panów. My tu tylko sprzątamy.
– Już wam nie będziemy przeszkadzać.

Zarzuciwszy na ramię mokrego mopa, podobny do kartofla osobnik odwrócił się na pięcie.
– Chodź piesku – mamy jeszcze sporo do roboty

Ucieszony mały piesek co chwila podskakiwał próbując złapać w pysk kij od mopa.

Zdezorientowani komandosi popatrzyli na siebie.
– Eee. Co ja chciałem powiedzieć?
– Kurwa. Nienawidzę tej roboty.