http://kartofelek.ayz.pl/feed/rss/

Regularnie pójdę sobie co 3 dzień na godzinkę, półtora, porobię kilka ćwiczeń FBW i jestem zadowolony i z treningu i z efektów jakie on daje. Jak to mawiają BCAA plus kreatyna zrobią z ciebie…
Kumple wzięli się ostro za siebie. Porządnie trenują na siłowni, a w dni wolne męczą interwały i bieganie. Efekty pewnie były by o wiele mocniejsze, gdyby nie fakt, że nie za bardzo biorą sobie do serca słynnego stwierdzenia, że sukces w sprawach treningowych opiera się w 70 a może i więcej procent na diecie.


Wracając z treningu rozmawiałem sobie z kumplem o tych sprawach (a byłem dzisiaj wyjątkowo rozmowny). – A szykujesz sobie obiady do pracy? – Nie. – A dlaczego? – Bo nie mam kiedy. – No ja szykuję sobie albo wieczorem dnia poprzedniego, albo rano. Trwa to kilka minut, więc nie ma z tym problemu. Kasza w garnku zrobi się sama, kurczak w prodiżu też. Więc to żaden problem (tak czy siak nie namówię go na takie gotowanie, ale pogadać lubię).

Takie własnoręcznie przygotowane posiłki mają spore znaczenie. Raz że trenują charakter. W dzisiejszych czasach non stop się słyszy narzekania na temat facetów. Lewicowe zabawy w pseudo bogów połączone z zaklinaniem rzeczywistości sprawiły, że nagle zaczęło brakować prawdziwych facetów. A taki facet musi umieć i chcieć gotować. Nie. Nie ma tutaj wymówek. Nie masz czasu? To sobie go zorganizuj. Nie umiesz? To się naucz. Koniec kropka.

Charakter charakterem. Drugi punkt to powiedzmy, że „wiesz co jesz” (przymknijmy oko na dyskusje o szczegółach takich stwierdzeń). Ok – możesz sobie zamawiać jedzenie z jakiś kateringowych firm. Ale często gęsto to masówka i nie wiadomo co oni tam ładują. Jasne – sporo z takich kateringów szykuje naprawdę fajne potrawy, ale też często gęsto nie są to dania takie jak byśmy sami chcieli.  Robisz sam – decydujesz sam.

Takie przygotowywanie posiłków ma jeszcze jedno bardzo ważne znaczenie. I przysiąg bym, że już o tym pisałem, ale wyszukiwarka zwraca zerowe wyniki, więc albo dałem ciała z podpinaniem layoutu tego bloga, albo moja pamięć jest jakaś ułomna.

Z pewnością w necie znajdziesz miliony fajnych artykułów na ten temat, a ja wcale nie jestem uber ekspertem i nigdy za takiego nie będę się uważał.

O co chodzi ogólnie? A o kilka rzeczy. Pierwszą z nich są tak zwane skoki insulinowe. Lubię to porównywać do pieniędzy które przynosi listonosz. Większość „meneli” gdy będzie dostawać regularnie takie gwarantowane pieniądze (np 500+), będzie je też regularnie wydawać. Po co oszczędzać, gdy zaraz znowu będzie „pierwszy” i znowu listonosz przyniesie kasę. Inaczej to by wyglądało, gdybyśmy takie pieniądze dostawali nieregularnie. Musieliby się zastanowić i odłożyć trochę na później. Bo kto wie czy listonosz przyniesie kasę pierwszego, czy dwudziestego. A żyć jakoś trzeba, a kasa na wódeczkę ważna sprawa. Tak – to bardzo uproszczony przykład. Ale z organizmem jest całkiem podobnie. Organizm w przeciwieństwie do meneli nie może sobie pozwolić by mu zabrakło energii, bo od tego zależą ważne organy jak mózg czy chociażby serce. Jeżeli więc zauważy, że regularność dostaw energii spada, odpala mechanizmy oszczędzania.

W naszej krwi krąży cukier – jakiś jego poziom. Gdy nagle ten poziom wzrośnie, organizm reaguje (hej – tak samo jak menel i nowa dostawa kasy od listonosza). Odpala się trzustka, która wydzielając insulinę ma na celu dwie funkcje – wyrównanie poziomu cukru ale też zmagazynowanie tego cukru w mięśniach i odłożenie go na później – czyli w tkance tłuszczowej. Im więcej takich skoków cukru we krwi, tym więcej działa trzustka i więcej jest odkładane na później.

Każdy z nas działa na pewnym poziomie (zwanym homeostazą). Jeżeli jesteśmy zdrowi, wypoczęci, wtedy nasz organizm działa na swoich obrotach. Ale gdy dopada nas chorubsko, jesteśmy przemęczeni, przepracowani, organizm zwalnia i zaczyna działać wolniej. Z jedzeniem jest podobnie. Jeżeli jemy regularnie, wtedy organizm ma wciąż dostarczane regularne porcje energii. Może działać na swoim poziomie. Ale gdy w ciągu dnia połowa dnia to głodówka, potem po powrocie do domu nagle robimy obiadowe obżarstwo, to organizm zaczyna świrować. Jak jakiś menel, który po roku biedy dostanie nagle super porcję gotówki – zrobi sobie taką libację, że potem przez następne pół roku nie wstanie z ziemi (a może nawet zachla się na śmierć – tak czy siak kiepski wynik).

Pamiętam jak pracowałem przy gofrach. Gdy w ciągu dnia nie jadłem regularnie, dzień pracy wydawał się o wiele cięższy niż wtedy gdy co jakiś czas coś zjadłem.

Strasznie podobne to do treningu. Gdy trenujemy regularnie, wtedy wszystko fajnie się toczy. Spokojnie robimy swoje. A co z nieregularnym treningiem? Raz na jakiś czas „przywalimy z grubej rury”, a potem przez kolejny tydzień musimy dochodzić do siebie. Pożytek z tego prawie żaden, bo po tygodniu będziemy na wyjściowej pozycji.

Jeżeli mówimy o skokach insulinowych, nie sposób nie wspomnieć o Indeksie Glikemicznym i Ładunku Glikemicznym.

Ten pierwszy (IG) określa jak szybko po zjedzeniu danego produktu podniesie nam się cukier we krwi (czyli jak mocno pobudzimy trzustkę do działania). Jeżeli np zjemy słodkie lody, które mają wysoki IG, taki skok będzie o wiele większy niż gdybyśmy zjedli np. jabłko (które IG ma niskie). I teraz – jeżeli nastąpi szybki wzrost poziomu cukru we krwi, wtedy wytworzy się więcej insuliny by ten skok złagodzić. Aby unikać takich zrywowych skoków insuliny w diecie powinniśmy stosować produkty o małym IG. Mądrzyć się może każdy, w praktyce wystarczy „zdrowo jeść”. Większość zdrowych produktów ma niskie IG.
Warto jednak nawet z ciekawości poznać tabele IG (nie tylko dla zabłyśnięcia w towarzystwie). Dla przykładu takie piwo ma IG większe niż cukier (110 w porównaniu do 100 cukru)! Oznacza to, że pijąc piwo powodujemy bardzo wysokie skoki insulinowe. Czyli co – piwo tuczy bardziej od cukru?! Nie do końca. IG określa jak szybko skoczy nam cukier we krwi, ale nie określa ile tego cukru pojawi się we krwi. Samo w sobie nie za bardzo tuczy, bo mimo szybkiego skoku, nie ma w nim aż tak tylu węglowodanów (czyli nie za wiele dostanie się do krwi). Insulina zaczyna świrować, ale mimo wysokiego IG nie ma co z tej krwi odkładać (proporcje!).

Dodajmy tutaj, że IG zawsze liczymy jako średnią danego posiłku. Jeżeli więc jemy słodkie kartofelki (kartofle zawsze są słodkie!), to warto dorzucić do potrawy jakieś warzywa, by ten IG obniżyć

I tutaj dochodzimy do drugiego bohatera – ładunku glikemicznego, który określa ile węglowodanów dostanie się do naszej krwi. Małe ciastko będzie miało taki sam współczynnik IG jak cała miska małych ciastek. Ale po zjedzeniu całego talerza ciastek w naszej krwi będzie o wiele więcej cukru niż po małym ciasteczku. Insulina tu i tu będzie tak samo świrować, ale przy większej ilości cukru proporcjonalnie odłoży więcej na zapas.

Piwo nie ma dużo węglowodanów, ale już takie chipsy czy paluszki już mają. A przecież praktycznie zawsze towarzyszą jednemu piwerku. Wysokie IG piwa plus wysoki chipsowy ładunek glikemiczny daje nam w rezultacie bombę kaloryczną. Odpowiadając więc na pytanie – to nie piwo tuczy, a jego towarzysze. Jak chcesz pić, raczej nie żryj.

 

Tak. Zaczęliśmy od treningu. Skończyliśmy na piwie. Bywa i tak.

Ogólnie więc na podsumowanie tego lania wody – jemy w miarę regularnie, jemy produkty o małym IG, nie psujemy smaku piwa śmieciowymi chipsami.

Piosenka na dziś? Trochę retro nikomu nie zaszkodziło…