Zimna mucha

Szybka śmierć, a właściwie totalna dezintegracja. Wchodząc do klatki schodowej, nadepnąłem na muchę. Podniosłem stopę i zobaczyłem parę nóżek, małą plamkę i właściwie nic więcej. Muchy nie było.

Gdy człapałem po schodach do domu, napłynęły myśli.

Co się teraz stanie z tą muchą? Znaczy rozumiem – nie żyje, więc raczej nie odleci. Ale co się właściwie stanie z jej atomami? W niedługim czasie wymieszają się z resztą wszechświata? Tego raczej nie da się podważyć. Jesteśmy mieszaniną atomów przeszłości. Może w każdym z nas jest kawałek Czingis-hana czy innego dziwaka. Może każdy z nas składa się z atomów penisów lub moszen naszych przodków?

A co z „duszą”? Może cała ta duchowa część też działa na podobnej zasadzie. Gdzieś tam się to wszystko miesza, potem trafia do odpowiednich „zbiorniczków” i istnieje sobie dalej? Taki duchowy matriks z jednym wspólnym olbrzymim dyskiem. Koniecznie z backupem (no chyba że w zaświatach jeszcze się nie nauczyli…)

Za oknem zimno do tego stopnia, że człowiek zastanawia się, czy aby po Sylwestrowej zabawie nie zawędrował za daleko na Północ. Jak jutro rano zobaczę na podwórku pingwina, będę musiał mocniej wziąć sobie do serca postanowienie, by w następnym roku Sylwestra spędzać o suchej gębie. Bywa.

Komentarze